• Mateusz Medyński

Walka z pandemią w liczbach, czyli dlaczego nikt nie mówi nam prawdy

Tak jak wszyscy obywatele karnie noszę maseczkę, choć jest to niesamowicie irytujące. Wchodząc i wychodząc z pomieszczeń dezynfekuję ręce, często je myję, staram się unikać skupisk ludzi oraz zachowywać dystans. Mam starszych rodziców i teściów, nie chcę im przywlec do domu choroby, która wedle oficjalnych danych ludzi po 60tce ma w grupie podwyższonego ryzyka. Karnie też siedziałem w domu, kiedy rząd kazał, choć cholera mnie brała i czułem się jak w jakimś horrorze z lat 80tych i z jeszcze większym przerażeniem obserwowałem jak popychamy naszą gospodarkę w przepaść. Artykuł ten nie będzie o negowaniu istnienia koronawirusa, ani jego biegłości w rozprzestrzenianiu się czy zjadliwości wobec starych i młodych. Artykuł będzie o tym, ile nas będzie kosztować obecny format walki z COVID-19, ile ofiar pociągnie oraz jaki będzie miał skutek w przyszłości.


Po pierwsze lockdown. W Polsce wprowadzono lockdown w sytuacji, w której mieliśmy stosunkowo niewiele zakażeń dziennie i kilka zgonów. Celem było rzekomo wypłaszczenie liczby zachorowań i to - jak rozumiem - się powiodło. Niestety, nikt nie zastanowił się co to słowo oznacza – wypłaszczenie oznacza tylko tyle, że zachoruje tyle samo ludzi co bez działań, tyle że stanie się to w dłuższym okresie, co pozwoli na niezablokowanie służby zdrowia (wszyscy chorzy będą mieli dostęp do respiratorów, leków etc.) – ale tylko pod warunkiem, że wykorzystamy ten czas na przygotowanie tejże służby zdrowia na najgorsze, wszystko po to, żeby skuteczniej leczyć chorych i zmniejszyć śmiertelność. W przypadku Polski zrobiliśmy niewiele, stąd i teraz wzrost zachorowań grozi zawaleniem całego systemu, dokładnie tak samo jak groził przed lokcdownem. Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Wiem też, że skoro nie wymyśliliśmy skuteczniejszych metod na walkę z pandemią XXI wieku niż XIV-wieczne zamykanie ludzi w domach (sprawdźcie sobie etymologię słowa kwarantanna), rząd bardzo, ale to bardzo by chciał (zresztą nie tylko polski rząd) wprowadzić kolejny lockdown. Nikt tego jednak nie zrobi, bo poprzednie lockdowny tak bardzo dały nam się w kość gospodarczo, że drugiej blokady żaden kraj już nie przetrzyma.


Po drugie liczby. Wskazywałem w poprzednich artykułach, że prognozy szkód w gospodarce wahały się pomiędzy 4,1% (to Bank Światowy i Minister Emilewicz) do nawet 9,5% (to pesymistyczny wariant OECD).


Obecnie notujemy potwierdzony już spadek na poziomie 8,2% a jeszcze nie zaczęły się masowe zwolnienia w budżetówce ani upadłości firm, które ledwo zipią i z których rząd wyciśnie zwrot pomocy udzielonej w ramach tarcz antycovidowych. Nie wspominając już o czterdziestu tysiącach spółek komandytowych, które zniszczymy nowymi podatkami.. To oznacza, że prawdopodobnie idziemy na spadek w wersji pesymistycznej, czyli 9,5% PKB lub więcej.


Oznacza to, że na samych tylko skutkach walki z pandemią straciliśmy 41 miliardów złotych. O tyle mniej wpłynie do budżetu. Przypominam, że cały budżet na ochronę zdrowia w 2019 roku wyniósł prawie 11 miliardów (dane ze sprawdzania z wykonania budżetu z gov.pl), czyli walka z koronawirusem kosztowała nas prawie cztery razy więcej niż cała ochrona zdrowia w Polsce razem wzięta.

Wyobraźcie więc sobie, że w imię walki z COVID-19, przy wykrytych przypadków zakażeń w liczbie 104 tysięcy osób w całej Polsce, z których zmarło 2717 osób (dane na 7 października 2020), wywaliliśmy przez okno całą służbę zdrowia.


Policzmy czym to się może skończyć. W imię walki z wirusem, który zabił niecałe 3000 osób zagroziliśmy więc leczeniu onkologicznemu (przed pandemią było to 110 000 zgonów rocznie - nie zachorowań-ZGONÓW!) i to pomimo stosowanych terapii. Teraz leczenie w dużym stopniu wstrzymano, pozostaje pytanie skąd znajdziemy pieniądze na kontynuowanie terapii oraz ile osób umrze, bo przerwaliśmy leczenie lub nie wykryliśmy nowotworu na czas (wykryją telefonicznie przez konto epacjenta?).


To i tak nic w porównaniu z numerem jeden umieralności Polaków, czyli chorobami układu krążenia (odpowiadają za ok 40% wszystkich zgonów) - w przypadku choćby 2019 roku umarło z tego powodu 164 000 Polaków. Oczywiście część z tych zgonów dotyczy grupy najstarszych osób i związana jest z wiekiem. Tyle tylko, że dokładnie to samo mówi się o konieczności ochrony osób starszych przed koronavirusem. W imię więc ochrony przed śmiercią osób starszych z powodu COVID-19 zagroziliśmy ich leczeniu i w konsekwencji naraziliśmy na podwyższone ryzyko śmierci z powodu chorób układu krążenia, które już przed pandemią zabijały 164 tysiące ludzi rocznie. Nasza troska o ochronę seniorów przed koronawirusem doprowadzić więc może do tego, że umrze więcej osób starszych, tylko przyczyna będzie inna.


Jeżeli ktoś był przed pandemią na SORze to wie, jak fikcyjna była ochrona zdrowia nawet przed COVIDem na oddziałach, które rzekomo nazywają się ratunkowe. Prawie mi tam zabili teścia, któremu ze zdiagnozowanym zapaleniem płuc i z ostrą niewydolnością serca (potem zrobione prywatnie badania wykazały 27% wydolności, a zatem stał nad grobem) kazali siedzieć na krzesełku w korytarzu 6 godzin, bo na oddziale było dwóch lekarzy i nikt się nie miał czasu nim zająć. Teść w końcu wywalczył podanie mu leków i kazał się zabrać do domu, bo tam by go pewnie zostawili na tym krzesełku na noc. Dopiero prywatnie załatwiane wizyty, badania i konsultacje przywróciły mu jako tako sprawność. No to teraz zapewne nie ma już ani krzesełka ani leków dla nikogo na tym SORze. No może poza lecznicą rządową, gdzie zapasy są przygotowane, a łóżka czekają na pacjentów VIP (swoją drogą, co się stało z sensownymi skądinąd postulatami, żeby politycy byli leczeni w tym samym trybie co ich wyborcy? Przynajmniej mielibyśmy pewność, że będą się troszczyć o stan publicznej opieki zdrowotnej, bo problem dotyczyłby także ich).


Do tego dochodzi wracające do kraju niedożywienie, które tym wydajniej będzie niszczyć organizmy Polaków, że wielu z nich w wyniku lockdownu straci pracę i zostanie im utrzymywanie się z pomocy społecznej (nie, wróć, na pomoc społeczną wydawaliśmy 4 miliardy złotych w budżecie na 2019, tej kasy też już nie ma) lub z 500 plus (skąd na to rząd wytrzaśnie środki?).


Ciekawe też, skąd weźmiemy pieniądze na takie banały jak chirurgia urazowa czy transplantologia (abstrahując od tego, że pewnie minister osobiście postanowił transplantologię w Polsce zlikwidować)?


Oczywiście odpowiedzią rządu jest pożyczanie, tylko problem jest taki, że pożyczone pieniądze trzeba kiedyś oddać. Zanim powiększyliśmy deficyt o 300 miliardów złotych (liczę także te zobowiązania Skarbu Państwa, których dzięki kreatywnej księgowości nie wliczamy wprost do budżetu), obsługa długu kosztowała nas 29 miliardów złotych rocznie. Teraz tę kwotę podwoimy, co oznacza kolejne 30 miliardów mniej w budżecie na inne cele (przykładowo: to połowa budżetu na obronność albo całość środków na wymiar sprawiedliwości, oświatę i szkolnictwo wyższe oraz kulturę łącznie). Skąd weźmiemy na to środki? Wyprzedaż w muzeach (elektorat i tak z nich nie korzysta)? Zamknięcie sądów (minister sprawiedliwości sam będzie wszystkie sprawy rozstrzygał jak w średniowieczu?), czy likwidacja uniwersytetów (siedlisko genderów, filozofii, prawa i innych plugastw, które finansujemy zamiast dać ludowi bon na wyjazd do Władysławowa).


Problemem tutaj jest nie to, że mamy COVID-19, ale co robimy, żeby z nim realnie walczyć. Oczywiście, jeżeli w naszym domu znajduje się włamywacz, sytuacja jest zła, to spalenie całego domu z pewnością rozwiąże problem, tylko czy będzie to reakcja adekwatna do zagrożenia i czy koszty nie przewyższą zagrożenia?

Wszędzie na świecie rosną jak grzyby po deszczu teorie spiskowe. Nie dziwcie się ludziom, bo wszyscy mają oczy i uszy i z mediów rządów płynie jedno, a obywatele widzą i słyszą coś zupełnie innego. To się nazywa dysonans poznawczy.


Stosuje się wobec nas środki, które w żaden sposób nie przystają do tego, co w podobnych sytuacjach robiliśmy wcześniej i nikt nie potrafi nam powiedzieć, dlaczego tak się dzieje ani do czego te środki doprowadzą.

Czy w przypadku sezonowych epidemii grypy (których powikłania są równie niebezpiecznie co COVID) zamykaliśmy kraj na zimę?

Rocznie na drogach ginie i zostaje ciężko rannych więcej ludzi niż do tej pory zabił covid – czy rekwirujemy ludziom samochody?

Piece przydomowe i powszechne spalanie śmieci powoduję 40 tysięcy zgonów rocznie czyli ponad dziesięciokrotnie niż koronawirus. Czy rząd zabronił ich używania? Czy mamy ogólnopolską walkę z tymi piecami?


Ludzie po prostu nie rozumieją reakcji ani świata ani Polski na tę pandemię. Reakcji, która będzie nas kosztowała dużo więcej niż tylko liczby na papierze. Nikt nam nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć jak wprowadzane środki bezpieczeństwa działają i jakie cele chcemy nimi osiągnąć, ani jakie są alternatywy (może nawet nie wiedzą?). Czy jak od jutra rząd wprowadzi nakaz noszenia aluminiowych czapeczek przez 24 godziny (podobno świetnie chronią przed inwigilacją przez kosmicznych najeźdźców), bo akurat kumpel ministra sprowadził kontener folii aluminiowej do kraju i chce szybko zarobić a jako uzasadnienie powie się nam, że zdaniem rządu chodzi o sprawdzone metody walki z covid-19, to też się usłuchamy? Czy maseczka zakładana w pomieszczeniu jest niezbędna, ale jak stoimy na ulicy metr od kogoś to już nie? Covid na dworze nie działa, czy jak? Zamiast spójnych wyjaśnień dostajemy albo sprzeczne informacje, bo trzech lekarzy ma cztery opinie, albo prawidła o tym, że tak zdecydowano i tak mamy robić i żeby nie zadawać zbędnych pytań.


Jeżeli komuś, kto nie ma zapasów pieniędzy na czarną godzinę powiecie, że musi z rodziną siedzieć miesiącami w domu i nie chodzić do pracy, bo jest 3% ryzyko, ze zachoruje i umrze wychodząc z domu, to on wam powie, że jest 100% ryzyko, ze on i jego rodzina umrą z głodu, jeżeli nie będzie zarabiał pieniędzy na jedzenie. A do takich właśnie dylematów dochodzimy (popatrzcie na sytuację w USA, tam ten problem jest najbardziej jaskrawy, a Polska pędzi w tym samym kierunku).


Skutkiem będzie to, że ludzie nauczą się te środki ochronne lekceważyć, bo przestaną wierzyć w ich sens i skuteczność i jeżeli kiedyś pojawi się bardziej niebezpieczny przeciwnik lub gdy covid-19 zmutuje do bardziej agresywnej formy (co jest stałym ryzykiem) nikt już nie będzie słuchał rządzących ani ich poleceń i kolejna epidemia nas wykończy na amen. A w międzyczasie Polacy będą masowo umierać na choroby dotychczasowo uleczalne, bo w ramach walki z jedną chorobą zniszczyliśmy system ochrony zdrowia oraz pozbawiliśmy się sposobów na odbudowę i finansowanie go w przyszłości.

59 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie