• Mateusz Medyński

Uwaga! Idzie kontynentocentryzm, czyli wielka szansa dla polskich producentów.

Zmęczyło mnie to pisanie o nadchodzącym koszmarze. Co prawda prognoz dla rynku nie zmienię, chyba że na gorsze (garstka bogatych będzie trochę bogatsza, reszta dużo biedniejsza), to jednak jest światełko w tunelu przynajmniej dla części polskich przedsiębiorców. Jeżeli zaś ci wykorzystają swoją szansę, mogą pomóc reszcie gospodarki i ograniczyć skutki wymordowania sektora usług w Polsce (nie tylko u nas zresztą). Chodzi mianowicie o producentów. I to nie określonych branż, ale właściwie producentów czegokolwiek. Może być naprawdę pięknie.


Polski eksport w pandemii, wyłączając okres początkowy, kiedy nie bardzo było wiadomo jak zabezpieczać pracowników przed covidem, funkcjonował i funkcjonuje świetnie. Polscy producenci na rynek europejski (głównie) zaliczają rekordowe zyski. Wszystko dlatego, że światowa blokada handlu spowodowała, że europejscy producenci odkryli, że tania produkcja w Chinach i innych dalekich krainach, wcale nie jest taka tania, jeżeli wziąć pod uwagę ryzyko zablokowania dostaw w ogóle. Co z tego, że masz najnowocześniejsze laboratorium w Zurychu czy Berlinie do produkcji szalenie drogich (i zyskownych) leków na raka, jak większość komponentów (żeby było jeszcze taniej) powstaje w Chinach czy Indiach. Blokada portów w tych krajach powoduje, że nie dostajesz potrzebnych produktów i twoje laboratorium staje, bo cały świat pozbył się zapasów i pracuje w systemie just in time. Dla nieświadomych, niemal cały świat przestawił swoją produkcję na rozwiązanie, które pozwala sterować produkcją i dostawami części i komponentów tak, żeby nie musieć wszystkiego długo magazynować. W bardzo dużym uproszczeniu działa to tak, że części składowe docierają do fabryki kilka godzin przed tym, jak zostaną użyte w produkcji. Wszystkim sterują szalenie skomplikowane algorytmy. Dzięki temu większość firm nie musi już wydawać milionów na magazyny z częściami, zapasy etc. Pieniądze nie leżą już utopione w komponenty, tylko pracują (płacisz za komponent chwilę przed tym, jak go użyłeś i miejmy nadzieję sprzedałeś wraz z wyprodukowaną rzeczą). Założenie fantastyczne, tylko takie rozwiązanie powoduje, że łańcuch dostaw uzależniony jest najbardziej od najsłabszego ogniwa. Nawali producent śrubek do określonego urządzenia w samochodzie, nazajutrz staje fabryka samochodów, bo bez tego nie da się dokończyć pracy, a zapasów jest na kilka godzin pracy. Często te same firmy dostarczają podobne komponenty różnym zakładom. Przykładowo, gdyby polskie fabryki produkujące komponenty do foteli samochodowych wstrzymały pracę na tydzień, zapewne stanęłyby zakłady Forda, General Motors i BMW. To teraz wyobraźcie sobie, że covid blokuje dostawy nie na tydzień, a na kilka miesięcy (a tak właśnie było). Dzięki just in time do tej pory oszczędzałeś parę procent na kosztach wytworzenia, ale kiedy Chiny zamknęły granice, straciłeś 90% produkcji u siebie, bo nie było z czego produkować. Konsumenci czekali na towary, a Ty nic im nie sprzedałeś, bo fabryka stała, czekając na komponenty z za mórz i oceanów. Nie dość, że nie zarobiłeś, to jeżeli któryś z twoich konkurentów nie był objęty blokadą na części z Azji (bo miał swoje części produkowane bliżej), właśnie bez jednego wystrzału zabrał Ci rynek, bo konsumenci nie czekali, aż łaskawie wrócisz do nich ze swoimi produktami i poszli do konkurencji.


Oczywiście Chiny i Azja w ogóle nie przestaną być centrum światowej produkcji, ale masę przedsiębiorców zaczęło się na poważnie zastanawiać, czy pogoń za niższymi kosztami nie oznacza utraty kontroli nad strategicznymi zasobami ich własnych przedsiębiorstw. Jakże łatwo jest bowiem zblokować pracę milionów firm. Wystarczy jakiś wirus z Azji i już wszystko stoi. A nie miejcie żadnych wątpliwości - pandemie będą się powtarzać, Covidy i inne piękne drobnoustroje zostaną z nami na długo. Globalnych epidemii będzie więcej i będą częstsze. Jeżeli w międzyczasie nie wymyślimy nowego sposobu na walkę z nimi, innego niż tylko zamykanie ludzi w domach jak w średniowieczu, to ten problem będzie nam towarzyszył przez lata.


Przewidujący przedsiębiorcy zaczęli się więc zastanawiać nad strategicznym skróceniem łańcucha dostaw. Pojawia się nowy trend. Kontynentocentryzm. Zasada jest w sumie prosta. Większości produkcji do krajów zachodnich nie przeniesiemy, bo zwyczajnie nie będzie się to opłacać. Niemcy, Francja czy Wielka Brytania nie tylko nie chcą zatrudniać swoich do produkcji, dlatego że są drodzy, oni zwyczajnie nie mają już specjalistów do produkcji wielu rzeczy, bo od 30 lat robią to za nich Chińczycy (i masę innych nacji), musieliby wyszkolić ludzi od zera, a przy wysokich kosztach pracy w krajach rozwiniętych ich produkty końcowe stałyby się zwyczajnie niekonkurencyjne. Konsumenci (czyli także i my) nadal wierzą, że można masę rzeczy wytwarzać jednocześnie dobrze, na miejscu i tanio (choć te rzeczy się wykluczają) i choć często głoszą miłość do ojczyzny i troskę o rodzimych producentów (czyli także o swoich własnych pracodawców a zatem i o swoje miejsca pracy – wydawać by się mogło, że powinniśmy rozumieć takie zależności) to wybierając produkty nadal głosują portfelem, a nie gorącym patriotycznym serduszkiem. Czyli mówimy ideologiczno-patriotycznie, ale wybieramy praktycznie - tanią zagranicę. To się raczej szybko nie zmieni, globalna wioska też z nami zostanie na zawsze.


No dobrze, skoro produkcji nie da się przenieść z powrotem do krajów rozwiniętych, to dokąd? I tu z pomocą przychodzi geografia. Każdy kontynent ma swoje strefy luksusu i dobrobytu i swoich prekariuszy – Państwa aspirujące do tychże. Polska jest dla Europy Zachodniej właśnie takim prekariuszem. Polacy nadal zarabiają znacząco mniej niż reszta Europy a zatem i koszty pracy mamy mniejsze. Jesteśmy zwyczajnie dużo tańsi niż nasi zachodni sąsiedzi. Przeniesienie produkcji z Delhi do Berlina by się nie opłacało, ale już pod Inowrocław owszem. Mamy jeszcze do tego stosunkowo dobrze wykształconych pracowników i stosunkowo sensowny etos pracy, więc produkowane w Polsce rzeczy nie odbiegają jakością od tych z dalszej zagranicy. A Polska jest w Unii, więc nie ma obaw, że coś naszym władzom strzeli do głowy i namieszamy na rynku międzynarodowym jakimiś pandemiami, blokadami czy lockdownami (w każdym razie nie bardziej niż w tym czasie namiesza cała Unia). Chiny są wielkie i się gwałtownych działań nie boją, więc dla przeciętnego Europejczyka są mniej przewidywalne niż mniejsza Polska czy Rumunia. No i jesteśmy pod bokiem. Nie trzeba doby lotu, żeby wpaść z kontrolą do fabryki. Przepisy też podobne, bo znów ta Unia etc. No i w razie problemów mamy chwilowo jeszcze sensowny i w miarę nieskorumpowany system prawny, dający ochronę prawną inwestorom z zagranicy i jakąś przewidywalność inwestycji (czyli zagraniczny inwestor potrafi sobie oszacować ryzyko inwestycji zanim przyjedzie z forsą do Polski).


Przy tym Polska do tej pory miała niezłe środowisko prawne (co tłumaczy np. czemu pół Europy korzysta z pracy Ukraińców, ale broń Boże nie robi tego na Ukrainie, bo system prawny naszych sąsiadów został w dużej mierze jeszcze w ZSRR i lata im zajmie zbudowanie nowego) oraz stabilne środowisko biznesowe (przynajmniej w większych miastach tak jest). Zawdzięczamy to rządom prawa. Taka Albania z pewnością przebiłaby nas niskimi kosztami pracy, ale nie jest wystarczająco stabilna jako kraj, żeby liczyć się w walce o producentów. Polska jest krajem nadal stosunkowo tanim, a jednocześnie na tyle ucywilizowanym, żeby być zrozumiałym dla zachodnioeuropejskiego czy nawet amerykańskiego inwestora (choć Amerykanie mają akurat dużo bliżej podobne przypadki i do Polski raczej się nie wybierają masowo, choć i takie rodzynki się trafiają). To nam daje ogromną przewagę, bo nawet będąc droższym w obsłudze niż tygrysy azjatyckie, nadal jesteśmy tańsi od wielu innych krajów no i nie jesteśmy po drugiej stronie świata. Same zalety, jeżeli przedsiębiorca uważa stabilność i łatwą kontrolę kluczowych dostaw za strategiczne dla swojej firmy (a wiele firm tak właśnie obecnie patrzy na świat, pogoń za taniochą stała się obecnie za droga dla wielu firm).


Możemy więc sprawić, że ten chwilowy pandemiczny trend na wybór polskich dostawców i poddostawców dla światowej produkcji stanie się stałą cechą naszej gospodarki. Jesteśmy zwyczajnie dla zachodniej Europy wygodniejsi niż dalekie krainy. Pandemia pokazała bowiem, że nie tylko cena się liczy, ważna jest także pewność stałych dostaw, a tego nikt już w Azji nie zagwarantuje (trudniej się zamyka całą sieć drogową w ramach Schengen niż porty morskie czy lotnicze). Oczywiście tak samo będzie wyglądała kwestia dostaw na potrzeby rynków azjatyckich – kto planuje sprzedawać w Chinach poszuka dostawców komponentów na ich kontynencie, ale Europa nadal jest ogromnym rynkiem i nawet przeniesienie części produkcji z powrotem na kontynent europejski to miliardy Euro do zarobienia.


Niestety jest „ale”. Musimy utrzymać stabilność rynku pracy. Wymaga to sprawnych sądów (bez tego inwestorzy będą się bali przywozić tu pieniądze, tym bardziej jeżeli będą to pieniądze skądś pożyczone), stabilnej władzy, sprawnych samorządów i wykształconej (a przynajmniej w kierunku cech technicznych, których potrzebują wytwórcy) bazy pracowniczej. Historie z USA, gdzie system edukacji tak bardzo zidiocił potencjalnych pracowników fizycznych, że instrukcje obsługi maszyn trzeba im przygotowywać w postaci komiksów, bo czytanie ze zrozumieniem przekracza ich możliwości, niestety są prawdziwe. Musimy bardzo uważać, żeby podobnie nie stało się w Polsce (z jaskrawych przykładów: konieczność przypominania ludziom, że szczepionka nie zmienia ich płci, albo że łażenie po śniegu w samych gaciach nie jest neutralne dla zdrowia i można wyziębić organizm, czy żarcie tabletek do zmywarki w ramach filmików internetowych, źle świadczą o naszym systemie edukacji). Bardzo się boję, że obecny rząd przegapi tę szansę, a wówczas produkcja pójdzie do naszych bardziej rozsądnych sąsiadów, którzy lepiej wykorzystają tę szansę.


Szkoda by było, bo mamy Europie Zachodniej szalenie dużo do zaoferowania (nie bezpłatnie ma się rozumieć:). Taki trend byłby idealny do zminimalizowania negatywnych skutków kwarantannowego wymordowania całego sektora usług, w tym HoReCa, gdzie pracowało kilka milionów ludzi (jak policzysz wszystkie hotele, potem wszystkie restauracje, potem wszystkich dostawców, to wychodzą liczby sześciocyfrowe). Ktoś musi tę naszą gospodarczą Syrenkę ruszyć „na pych” i lepiej, żeby nie były to inwestycje publiczne jak w Niemczech w 1933 r. Wszyscy wiemy jak ten pomysł się zakończył.

53 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie