• Mateusz Medyński

Spółka komandytowa – chłopiec do bicia polskiej gospodarki

Wiedzieliśmy, że to się musi stać. Absurdalne obciążanie budżetu kolejnymi milionowymi „inwestycjami”, drukowanie pieniędzy na potęgę, obligacje emitowane w ramach i poza budżetem. Wcześniej czy później trzeba za to zapłacić, bo matematyka jest bezwzględna, rachunki muszą się zgadzać. Ponieważ kończą się pieniądze, a udawanie jednocyfrowej inflacji nie wytrzyma długo przy druku pustych pieniędzy i spadku zarówno inwestycji jak i popytu wewnętrznego, rząd wziął się za jedyny sposób, jaki od 25 lat znały polskie władze na podreperowanie budżetów - wyciskanie kasy z rynku (jest jeszcze zaciskanie pasa, ale to zawsze jest niepopularne, więc raczej niewielka szansa, że rząd z tego skorzysta).

Oczywiście, kiedy mowa o rynku to jak mowa o ideologii – zawsze stoją za tym zwyczajni ludzie. Kasa musi zwyczajnie pochodzić z kieszeni tych, którzy ciężko pracują i zarabiają, bo to w Polsce główne źródło PKB (w końcu masowa sprzedaż takich kopalin jak bursztyn czy węgiel nie wychodzi nam z zyskiem).

I tutaj na scenę wchodzi koń pociągowy polskich małych i średnich przedsiębiorców – spółka komandytowa.

Ministerstwo Finansów ustaliło, że od 2010 r. do 2013 r. liczba spółek komandytowo-akcyjnych wzrosła z 1050 do 5709, po czym spadła do 3700 w 2019 r., przy czym aktywnie działa na rynku jedynie połowa z nich. W 2010 r. spółek komandytowych było 6439, w 2013 r. było ich już 12 658, a w 2019 r. w Polsce działało 40 587. „Nie obserwowaliśmy tak szybkiego wzrostu gospodarczego, który uzasadniałby taki wzrost liczby spółek komandytowych” – to słowa dyrektora departamentu podatków dochodowych w Ministerstwie Finansów Aleksandra Łożykowskiego.

Czyli jednak istnieje antypolski spisek polskich przedsiębiorców mający na celu uszczuplenie wpływów do budżetu. Inaczej nie da się wyjaśnić takiej popularności spółki komandytowej.

Odważę się jednak spróbować wyjaśnić, skąd bierze się tak meteoryczna kariera spółki komandytowej w Polsce.

Po pierwsze nie ma wygodniejszej formy prawnej do prowadzenia rozbudowanej działalności gospodarczej, jednakże bez wkraczania na drogę spółek kapitałowych. Zwłaszcza tam, gdzie mamy do czynienia z aktywnym wspólnikiem (zarządzającym) i jego wspólnikami-inwestorami (np. dali nieruchomość, na której teraz budowane jest niewielkie osiedle). Kiedyś taką rolę miała pełnić spółka komandytowo-akcyjna – popularna na świecie – ale polska skarbówka uznała akcjonariuszy za przedsiębiorców na potrzeby podatków i ZUSu (wbrew sensowi istnienia takiej spółki) i skończyła się kariera tej spółki. Zostały więc zwykłe spółki komandytowe. Nie mają co prawda osobowości prawnej, ale są odrębnym bytem, bo mają własną zdolność prawną, a zatem pozwalają na rozróżnienie, co jest majątkiem i zobowiązaniami spółki a co jest prywatnym majątkiem wspólników. Takiego rozróżnienia nie daje samodzielna działalność gospodarcza, a polskie organy skarbowe nigdy nie miały problemów z prewencyjnym blokowaniem np. prywatnych - na równo z biznesowymi - kont przedsiębiorcy indywidualnego. Co tam, że nie ma z czego zapłacić czynszu czy kupić jedzenia dla rodziny, niech się najpierw wytłumaczy z nieprawomocnej (ale już wykonalnej) decyzji US, a potem niech idzie do sądu administracyjnego (ciekawe jak zapłaci za prawników, skoro skarbówka zajęła wszystkie konta).

Spółka komandytowa jest idealnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, którzy za grosz nie ufają rzekomo prospołecznym postawom organów skarbowych (każdy, kto miał ze skarbówką do czynienia wie, że dużo pewniej czują się oni najpierw bijąc, a potem zadając pytania, o żadnej postawie pro-podatnik nie ma mowy). Jednocześnie można prowadzić w tej formie działalność większą i bardziej złożoną niż przy samodzielniej działalności, ale nie tak jeszcze rozbudowaną, żeby myśleć o spółkach kapitałowych. Słowem idealny wehikuł średniego biznesu w Polsce.

Ponadto, w świetle średnio udanych przepisów o sukcesji, czyli próbie uregulowania sytuacji starzejącego się pokolenia przedsiębiorców lat 90tych i sposobów na utrzymanie ich firm (najczęściej prowadzonych w ramach samodzielnych działalności, które żyją tyle, ile sam przedsiębiorca), okazało się, że spółka komandytowa jest fantastycznym sposobem na uregulowanie firm rodzinnych, bez konieczności spychania seniora rodu ze schodów, żeby móc objąć stery, czy klasycznych westernowych strzelanin pomiędzy dziećmi przedsiębiorcy o to, kto bierze którą gałąź firmy. Jeżeli chcecie dowiedzieć się do czego prowadzi brak sensownego uregulowania sposobu prowadzenia wspólnej firmy w ramach jednej rodziny, serdecznie polecam artykuły o wieloletnich kłopotach firmy Swarovski.

Tysiące świetnie radzących sobie firm rodzinnych przeszło w ostatnich latach z samodzielniej działalności właśnie do spółek komandytowych, bo te spółki pozwalają na w miarę swobodne ukształtowanie sposobu współpracy różnych członków rodziny z różnym wkładem do wspólnej firmy, a jednocześnie gwarantują, że kiedy przedsiębiorca-nestor uda się już na zasłużony odpoczynek, firma będzie działać dalej. Co więcej, spółki komandytowe świetnie chronią majątek prywatny tych wspólników, którzy są mniej aktywni. Nie każde zagranie rynkowe (wiążące się wszak zawsze z jakimś ryzykiem, w końcu to biznes) musi być zagraniem va banque oszczędnościami życia całej rodziny. Mamy prawo chronić prywatny majątek oraz zapewniać bezpieczeństwo bliskim w przypadku niepowodzenia. To samo dotyczy podatków. To że moja firma nie zgadza się z interpretacją urzędu skarbowego, nie musi oznaczać, że w sporze tym gotów jestem od razu postawić na szali samochód, którym jeździ żona, czy zabawki dziecka (a przy samodzielnej działalności często tak się właśnie dzieje). Spółka komandytowa zapewnia też całkiem niezłą ochronę majątku wspólników (ale tylko komandytariuszy) w przypadku upadłości. Tu wrócę do przykładu z zabawkami dziecka – też ma zastosowanie.

To są główne przyczyny powodzenia spółki komandytowej na polskim rynku a nie chęć ograbienia Państwa Polskiego.

Oczywiście, dla sprawiedliwości muszę przyznać, że kwestia podatkowa ma znaczenie (bo zawsze ma znaczenie, to są duże pieniądze). Także i niektóre duże koncerny z tych spółek korzystają i zapewne aspekt podatkowy jest dla niw ważny. Jednakże nie bez przyczyny. Zasada unikania podwójnego opodatkowania jest jedyną gwarancją, że ktokolwiek na świecie w ogóle zgadza się płacić podatki. Chodzi o to, żeby za tę samą czynność nie musieć bulić w kółko, ilekroć się ustawodawcy zmieni pomysł. I korzystanie z tej zasady jest prawem każdego Polaka. Mamy prawo tak regulować swoje stosunki prawne, aby płacić mniej podatków niż więcej. O ile nie łamiemy przy tym prawa. To że skarbówka mogłaby nam zabrać więcej, nie oznacza, że mamy jej na to pozwolić, jeżeli przepisy są po naszej stronie. Robienie oszustów z ludzi, którzy za swoją pracę wolą oddawać mniej niż więcej państwu (o ile robią to legalnie), żeby wymusić na nich płacenie większych podatków to zwyczajne przestępstwo (np. wymuszenie rozbójnicze), tyle że na skalę krajową. Ostatnio tak działał w Polsce system komunistyczny i nie skończyło się to najlepiej.

Korzystając z międzynarodowego przykładu, w Niemczech w 2019 roku spółek osobowych, a zatem jawnych i komandytowych było ponad 395 tysięcy, przy czym 324 tysiące założone w okresie ostatnich 9 lat. Tam też podobny spisek co u nas? Nie, tam jest dokładnie tak samo jak u nas, to są po prostu świetne wehikuły małych i średnich przedsiębiorstw, jednocześnie dające swobodę działania na rynku i sensowną ochronę majątku prywatnego wspólników (komandytariuszy) w sytuacji, gdyby z biznesem poszło coś nie tak. Oczywiście, Niemcy mają też dużo spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych, ale te spółki charakterystyczne są dla dużych i rozwiniętych gospodarek, a polska gospodarka do nich jeszcze nie należy, nadal jesteśmy na dorobku. W miarę jak przedsiębiorcy będą się rozwijać nastąpi naturalne przejście do spółek kapitałowych, jak to miało miejsce w przypadku przejścia ze spółek cywilnych i samodzielnej działalności do spółek osobowych.

Skoro już ustaliliśmy, że rząd zamierza ze spółki komandytowej zrobić kozła ofiarnego, a z jej wspólników (kilkuset tysięcy ludzi, pracujących, generujących PKB i płacących składki na ZUS oraz podatki) dojne krowy to zastanówmy się po co to im i ile kasy chcą z tych spółek wycisnąć.

Przykładowo sztandarowy projekt PiS – przekop Mierzei Wiślanej, prowadzony, żeby można było małym jachtem (nawet niewielkie jednostki handlowe nie zmieszczą się w kanale) zacumowanym w Elblągu wypłynąć na Bałtyk bez konieczności pytania o zgodę Rosjan to koszt 1,8 miliardów złotych.

To oznacza, że w ciągu najbliższych 3 lat, każda spółka komandytowa (czyli jej wspólnicy, zakładając, że spółek jest ok 40 tysięcy) będzie musiała dodatkowo zapłacić ok. 45 tysięcy złotych, czyli 15 tysięcy złotych rocznie więcej w podatkach i innych daninach, tylko żeby sfinansować tę inwestycję.

Instruktor narciarski Ministra Szumowskiego i jego szeroko rozumiane udane biznesy covidowe to ok. 600 milionów złotych, czyli dodatkowe 5 tysięcy złotych dodatkowego obciążenia każdej spółki komandytowej (czyli ponad 1,5 tysiąca rocznie).

Elektrownia Węglowa w Ostrołęce, opalana nieopłacalnym i szkodliwym dla środowiska węglem to koszt 9 miliardów złotych. Zakładając, że rozkładamy ten wydatek na 3 lata, daje to 75 tysięcy złotych dodatkowych obciążeń rocznie dla każdej spółki komandytowej w Polsce. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że ta elektrownia już na starcie generować będzie straty (w tym także w ramach kar za zanieczyszczenie środowiska) w wysokości ok. 2,5 miliardów PLN w ciągu 15 lat (niektórzy eksperci mówią nawet o 6 miliardach). To kolejne 21 tysięcy złotych rocznie obciążeń dla spółek komandytowych.

Ostatnia z wielkich inwestycji obecnego rządu to Centralny Port Komunikacyjny (dla) Baranów. Łączny szacowany koszt wszystkich komponentów tego portu to 35 miliardów złotych. Zakładając nawet, że pieniądze na ten cel będziemy zbierać przez 10 lat, każda spółka komandytowa musi się liczyć z dodatkowym obciążeniem podatkowym w wysokości 87 tysięcy złotych rocznie.

Wymieniłem tylko cztery najciekawsze wizje obecnego rządu, bez konieczności spłaty emitowanych obecnie 200 miliardów złotych w obligacjach PFR czy BGK (nie, obligacje to nie są darmowe pieniądze, to dług, który spłacimy albo my, albo nasze dzieci, inaczej się nie da). A już wyszło 200 tysięcy złotych rocznie dodatkowych podatków i opłat nakładanych na wspólników każdej spółki komandytowej w Polsce każdego roku. Policzcie sobie, ile zarabiają wasze spółki i odejmijcie od tego tę kwotę i zobaczycie ile wyjdzie. Podejrzewam, że dla większości spółek wynik może być ujemny.

Oczywiście wszystko powyższe to duże uproszczenie. Nie liczyłem wszystkich dodatkowych kosztów, które trzeba będzie pokryć z kieszeni podatników, tak samo jak nie wierzę, że tylko spółki komandytowe dostaną po tyłku, rząd na pewno ma pomysł na nowych jeleni, których przymusi do płacenia (wtedy wspólnicy spółek komandytowych zapłacą trochę mniej). Niemniej chodzi o pokazanie skali zjawiska oraz tego, ile pomysły rządzących mogą kosztować realnie polskich przedsiębiorców. Każda złotówka wydana przez rząd (dotyczy to każdego rządu na świecie, Polska nie jest żadnym wyjątkiem) musi pochodzić z kieszeni podatnika, a to oznacza, że każdy miliard wydany na głupoty to tysiące złotych zabrane wprost z naszych kieszeni. Czy chodzi o spółki komandytowe, czy o ozusowanie umów o dzieło, zasada jest ta sama – jeżeli rząd obiecuje, że coś komuś da, to zawsze najpierw musi to komuś zabrać lub pożyczyć, a pożyczkę spłacą następne pokolenia. Czy będą to robić spółki komandytowe, czy sprzątaczki na umowie zlecenie, czy emeryci dorabiający do głodowych emerytur, czy artyści na umowach o dzieło, nie ma znaczenia. Tę kasę trzeba najpierw wydusić ze społeczeństwa.

Tutaj pojawia się wreszcie konkretny wniosek. Czy komukolwiek wśród rządzących wydaje się, że można tak tę kasę cisnąć w nieskończoność? Na razie sprawiają wrażenie, że owszem, tak im się wydaje.

Praktyka pokazuje jednak, że tak nie jest. Nawet nasz „Doogie Howser polskiej polityki fiskalnej”, czyli wiceminister Piotr Patkowski powinien być w stanie policzyć sobie jak to działa.

Powiedzmy, że przedsiębiorca miesięcznie zarabia 100 kapsli (celowo używam waluty z pewnej postapokaliptycznej gry komputerowej, bo porównanie wydaje mi się niestety smutno prorocze) i jedzenie i czynsz oraz podstawowe koszty przeżycia kosztują go 30 kapsli, a do tego płaci 40 kapsli podatków, to nie zapłaci dodatkowych 40 kapsli obciążeń podatkowych prowadzenia działalności, bo musiałby dokładać do interesu. Podpowiedź dla opornych i wiceministra: 100<110. Po co więc miałby pracować i prowadzić biznes w ogóle? Opłaca mu się więc zamknąć firmę i nie robić nic, albo pracować na czarno i tym samym obniżyć opodatkowanie tak, żeby rodzina miała co jeść. Co więcej, o ile nie zamknęliśmy granic i na usługi takiego przedsiębiorcy jest jakikolwiek popyt poza granicami kraju (np. nie jest on sławnym na cały świat wytwórcą pomników Józefa Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego) to co powstrzymuje takiego przedsiębiorcę przed przeniesieniem swojej działalności poza Polskę? Wówczas obciążenie związane z opisanymi powyżej światłymi projektami spadnie na tych, którzy pozostali. Ilu takich ludzi musi wyjechać, żeby zawaliła się gospodarka w kraju? Obawiam się, że w świetle obecnych danych emigracyjnych oraz kolejnych pomysłów rządu na dokręcanie śruby przedsiębiorcom w Polsce, sytuacja będzie się tylko pogarszać. Pewnego pięknego dnia może się okazać, iż każde dziecko urodzone w Polsce będzie rodziło się z taki wielkim długiem fiskalnym do spłacenia, że znacząco będzie on przewyższał jego zdolności do zarobkowania w całym życiu. Co wtedy?

81 wyświetleń0 komentarzy