• Mateusz Medyński

Pora na eko-terroryzm?

Tym razem nie napiszę nic o sytuacji w kraju, bo wywołuje to u mnie mdłości. Cytując moje ulubione „Sztuczne Fiołki” nie mam już czym wymiotować, a jedzenie drogie.


Napiszę natomiast o innym problemie, który sami obecnie tworzymy i który zaraz będzie nas bardzo bolał i to z wielu przyczyn. Oczywiście będziemy też wszyscy szalenie zdziwieni kiedy pojawią się pierwsze fizyczne oznaki tego problemu, bo ignorowanie znaków ostrzegawczych podnieśliśmy do rangi sztuki.


Zacznijmy jednak od początku. Tak nasraliśmy w miejscu gdzie śpimy i jemy, że nie potrafimy nawet ustalić skali zniszczenia. Chodzi o Ziemię i o to, co jej zrobiliśmy i nadal robimy. Fajnie, że ktoś wreszcie zaczął słuchać naukowców, którzy od ponad 50 lat biją na alarm, ale sam fakt, że zaczęliśmy akceptować, że mamy problem jeszcze nie jest jego rozwiązaniem. Takie super pomysły jak sikanie pod prysznicem czy picie kranówy zamiast wody butelkowanej, choć są oczywiście proekologiczne, świata nie uratują, nie ta skala. Zmiana zachowań całego świata wymaga działania całych Państw i współdziałania wielkich korporacji. Dużo się o tym mówi, jest masę konferencji, forum i spotkań na szczycie. Tyle, tylko, że wygląda na to, że wszystkie pomysły polityków (czyli naszego pokolenia lub pokolenia naszych rodziców, które jeszcze jest u władzy) sprowadzają się do powolnej transformacji energetycznej i stopniowego odchodzenia od szkodliwych dla środowiska sposobów zasilania gospodarki światowej. Jeżeli już politycy coś robią, to finansują zmiany wypuszczając obligacje i inne formy długu, którego spłacanie spadnie na nasze dzieci. Nasze latorośle więc albo mają one przechlapane, bo zabije ich matka natura albo mają przechlapane, bo odziedziczą nasz dług za sprzątanie świata z naszych brudów. Jednakże nawet przy obecnych deklaracjach politycznych, większość naukowców jest zdania, że obiecywane środki to stanowczo za mało, żeby zapobiec katastrofie (natomiast cała reszta naukowców w zasadzie uważa, że już za późno na ratunek). Nie tylko politycy boją się ratować przyszły świat, żeby nie podpaść obecnym wyborcom. Koncerny świetnie udają zainteresowanie tematem, ale poza fantastycznie marketingowymi działaniami pozorowanymi nie dzieje się nic sensownego. Naklejka „eko” na produkcie, choćby nie wiem jak szkodliwym dla środowiska, uzasadnia absolutnie wszystko i konsumenci to niestety łykają. Ze świadomością ekologiczną u nas jeszcze gorzej niż z prawną i to niestety na całym świecie. Obrońcy natury nadal kojarzą się z wariatami we flanelowych koszulach jeżdżących na samodzielnie zbudowanych rowerach i grzebiących sąsiadom w śmietnikach w poszukiwaniu butelek i plastiku. Nikt nie kojarzy, że obrona natury zaczyna się od czytania ze zrozumieniem etykiet i karania nierzetelnych producentów (np. poprzez odmowę kupowania ich produktów) czy od wezwania policji do sąsiada, który do pieca napchał opon i mebli ze sklejki, a dym z jego komina zasmrodził pół powiatu. O ekologicznych ogórkach w marketach owiniętych każdy z osobna w plastikową owijkę już nie wspomnę. Musimy się też pogodzić z faktem, że banany w Polsce nie mogą kosztować więcej niż jabłka (ich koszt wytworzenia i transportu do Polski jest wszak wielokrotnie wyższy). Nawet wegetarianie, których postawa co do zasady jest jak najbardziej słuszna, ale którym wydaje się, że wystarczy odejść od jedzenia mięsa a już rozwiązaliśmy problemy ekologiczne świata, muszą zrozumieć, że tak uwielbiane przez nich awokado czy soja przyczyniają się do deforestacji setek tysięcy hektarów rocznie. Możemy mieć rację co do skali problemów planety, ale jeżeli nie będziemy uważnie śledzili jak się je rozwiązuje wszyscy wychodzimy na potiomkinowskich użytecznych idiotów dla big biznesu.


Tutaj dodam jeszcze kilka rzeczy w związku z artykułami jakie ukazują się aktualnie w prasie o COP26 w Glasgow i które doskonale ilustrują jakimi ludzie są kretynami oraz jak genialnie olewamy temat końca świata. Otóż wyobraźcie sobie, że aktywiści pokłócili się o to, że w stołówce na szczycie podaje się mięso, a to przecież zbrodnia ekologiczna. Zamiast realnych działań mamy więc pyskówkę o kotleta, którego zjedzą ludzie decydujący o przyszłości planety. I taki jest przekaz dnia w mediach, nie o tym, co ustalono i z czego powinniśmy zrezygnować jako ludzkość, ale o tym co zjedzą nasi przedstawiciele na szczycie. W jednym z artykułów (do przejrzenia tutaj) jest nawet o tym jedzeniu słówko, mające jak rozumiem w założeniu potwierdzić wielką troskę gospodarzy o ekologiczny przebieg szczytu i przykryć trochę faux pas z kotlecikiem. Mianowicie:

„W listopadzie w Szkocji sezon jest za to głównie na wiatr i deszcz, ale świetnie mają się też wodorosty, które po sproszkowaniu są dodawane do potraw. Po pierwsze, mają dużo błonnika, jodu, magnezu i potasu. Po drugie, rosną szybko, absorbując dwutlenek węgla, który jest pochłaniany przez oceany, przy okazji je zakwaszając.

Firma, która dostarcza na COP26 wodorosty, kosi je ręcznie w ściśle określony sposób. Tak, by nie zahamować wzrostu wodorostów, może to robić tylko na 40-kilometrowym kawałku wybrzeża Szkocji i tylko podczas odpływu.


Tak, właśnie tak nasi politycy chcą uratować świat, zmniejszyć negatywny wpływ ludzkości na środowisko i jednocześnie nie doprowadzić do światowego głodu ani wojny. Szkoci będą ręcznie w czasie odpływy ścinać wodorosty na swoich 40 kilometrach plaży i dodawać je do potraw. Ciekawe ile takie wodorosty kosztują i ilu ludzi można by nimi wyżywić. Przecież to jakiś absurd. Cały świat toczy się w nicość, a oni się kłócą czy powinniśmy jeść mięso z mniejszym wkładem węglowym czy może ręcznie ścinane wodorosty.


Zamiast więc naciskać na realne i przemyślane rozwiązania na najwyższym szczeblu (podobno demokracja daje nam prawo do domagania się od polityków, by uwzględniali życzenia swoich wyborców, hahaha – powiedzcie to lobby broni palnej w stanach, które ma się świetnie pomimo spadającego lawinowo poparcia dla broni wśród obywateli), wszyscy czekają na jakiś magiczny wynalazek, który nas uratuje od zagłady w ostatniej chwili.


A kto tego wynalazku dokona, skoro nikt nad nim nie pracuje? Najbogatsi ludzie na świecie, czyli różne Bezosy czy Muski zamiast inwestować w badania nad ratowaniem Ziemi pakują miliardy w pomysły jak z niej uciec (przy okazji dokładając się do niszczenia środowiska – sprawdźcie sobie ile gazów cieplarnianych emituje jeden lot w kosmos, chłopaki nie różnią się tutaj niczym od tego dentysty ze stanów, co zastrzelił lwa-pupila na dewizowym polowaniu, tyle, że jego zaszczuto na fejsie, a oni są fetowani jako wizjonerzy). Przecież to totalny debilizm. Skoro spieprzyliśmy planetę idealnie dla nas stworzoną, to co zrobimy na planetach, które są nam wrogie? Przejrzymy na oczy? Zaczniemy się poświęcać dla wspólnego dobra? To takie same bzdury jak pomysł, że „on się zmieni po ślubie” albo że „uczymy się na błędach”. Jeżeli teraz nie potrafimy zrezygnować z wycieczek samolotem czy steka co niedziela, żeby nasze dzieci miały czym oddychać, to raczej nie liczmy na wielkie poświęcenie ludzkości w przyszłości. W każdym razie nie dobrowolne.


I tu przechodzimy do głównego wątku, kręcącego się wokół istot, na których barki zrzucimy cały ten syf i malarię. Naszych dzieci i (jeżeli będziemy mieli szczęście i dzieciaki dożyją tego momentu) wnuków.


Obecnie wielu śmieje się z Grety Thunberg, która robi dym w polityce międzynarodowej za sprawą swoich ekologicznych haseł. Inni traktują ją protekcjonalnie: jak to słodko, że dziewczynka zamiast siedzieć w szkole walczy o planetę. Dać jej cukierka! Brawo. Kwestię jej niepełnosprawności pomińmy – przecież to nie odbiera jej prawa do walki o naszą planetę. I zamiast jej słuchać, kręcimy bekę.

Tylko, że ona nie żartuje i ma 100% słuszności. To ona i jej pokolenie będą musieli sprzątać nasz burdel. Ma rację, że jest wkurzona i ma rację, że protestuje. To jej życie będzie znacznie gorsze od naszego, to ona będzie musiała dokonywać wyrzeczeń, a wielu przyjemności nam obecnie powszechnie dostępnych zwyczajnie nie zazna (np. chodzenia bez maski przeciwpyłowej czy odzieży ochronnej, czy opalania się na słoneczku). Wszystko po to, byśmy tychże przyjemności mogli sami zażywać teraz, bez płacenia za to pełnej ceny. A zrezygnować z tego nie chcemy, bo przyzwyczailiśmy się do komfortu życia.


Wyobraźcie więc sobie, że Nasze dzieci, pomimo wysiłków machiny edukacyjnej oraz mediów społecznościowych, by zmienić je w nieumiejących samodzielnie myśleć konsumentów, nie są jednak totalnymi debilami. Myślą samodzielnie i łączą kropki.


Za kilka lat setki milionów młodych ludzi obudzi się i zorientuje, że zwyczajnie ich okłamaliśmy (że niby panujemy nad sytuacją) i okradliśmy (z przyszłości wygodnej jak nasza teraźniejszość). Jak myślicie co zrobią? Młodzi ludzie, w wieku 16-26. Przekonani o swojej słuszności, nabuzowani świeżo wpuszczonymi w krwiobieg hormonami, wściekli i żądni działań, nie słów? W przeszłości takie połączenie wywołało niezliczoną liczbę wojen (w tym dwie światowe) oraz wygenerowało masę grup terrorystycznych. Czerwone Brygady czy Baader-Meinhof o ile pamiętam nie składały się z emerytów. Wszędzie tam motorem była młodzież – żądni natychmiastowych rezultatów, zmian rewolucyjnych i aktywności, a nie pierdzenia w stołki.


Nasze dzieci będą więc chciały szybkich zmian, zmian wyłącznie na lepsze i będą o te zmiany agresywnie zabiegać.


Następny klocek w tym domino ustawiliśmy sami.


Nauczyliśmy nasze dzieci, że przemoc jest ok, że rozwiązuje problemy. Rodziny na południu Europy już nie zawsze przerywają piknik na plaży widząc zwłoki Syryjczyka czy Tunezyjczyka w jaskrawoczerwonej kamizelce wyrzucone na brzeg. Polacy nadal uważają się za wzorowych chrześcijan nie mając nic przeciwko torturowaniu uchodźców na granicy (jak inaczej nazwać przerzucenie ciężarnej przez półtorametrowy płot czy odmawianie podania wody czy jedzenia). Ludzie są wobec siebie nieziemsko wręcz agresywni w Internecie itd. Przemoc jest fajna. Przemoc, poza seksem, się świetnie sprzedaje. Przemoc w zasadzie sama jest seksi i tę lekcję nasze dzieciaki odrobiły wzorowo (popatrzcie ilu jest młodych narodowców – to są chodzące dowody na klęskę systemu edukacji, bo demonstrują niewiedzę o świecie na poziomie wręcz podstawowym, ale jedno wiedzą z pewnością – przemoc jest rozwiązaniem wszystkich ich problemów – to przeświadczenie staje się co raz popularniejsze nie tylko na prawicy).

Zgadnijcie w którą stronę pójdą nasze dzieci, kiedy zorientują się, że nasze pokolenie dobrowolnie nie zgodzi się na ratowanie planety, zrzucając cały ciężar takich wysiłków na nich.


Tutaj na scenę wkracza właśnie eko-terroryzm. Nie pochwalam żadnej formy przemocy, ale wiecie doskonale, że dla młodych ludzi, którzy nie będą widzieli innej drogi do ratowania własnego świata niż zmiana rewolucyjna - eko-terroryzm wyda się idealnym i całkowicie usprawiedliwionym rozwiązaniem. Tak jak państwa będą szły w stronę większej opresyjności (Polska jest tylko drobnym przykładem, wszędzie pojawiają się postulaty większej roli państwa w życiu obywateli – co zawsze oznacza także silniejszy aparat przymusu) tak i obywatele, a zatem i aktywiści pośród nich, będą sięgali po co raz drastyczniejsze środki. W końcu przemoc wobec nielicznych stosowana w celu ochrony licznej grupy, czy nawet narodu jest usprawiedliwiona, sami ich tego nauczyliśmy (i uczymy nadal). Czymże jest więc te kilkanaście czy kilkaset ofiar wobec walki o uratowanie całego gatunku?


Pewnie myśląc o eko-terroryźmie widzicie oczami wyobraźni nastolatka w masce Guya Fawkesa na twarzy, rzucającego koktajlem mołotowa w policję w Davos. Pewnie i takie sytuacje się pojawią, ale to nie tak działa. Wyłączenie ropociągu czy paraliż systemów bezpieczeństwa platformy wiertniczej to dla wytrawnego hakera pestka. Można zabić tysiące ludzi nie przebierając się z piżamy przed komputerem, trzeba tylko mieć wiedzę i motywację. Odłączenie systemu chłodzenia w reaktorze? Przegrzanie pomp w wodociągach, żeby odciąć paromilionowe miasto od wody? Łatwizna. Tydzień bez prądu i wody w dużym mieście wystarczy, by ludzie zaczęli mordować się w lidlu o ostatniego harnasia. Myślicie, że przesadzam? Popatrzcie jak Amerykanie zachowywali się w ostatniej fali upałów.


Niestety jakby się nad tym poważnie zastanowić, próbując zachować obecną stopę życia dla wszystkich mieszkańców Ziemia utrzymałaby góra dwa miliardy ludzi. Reszta jest teoretycznie zbędna. Mamy więc zarówno kogo ratować (co daje genialne uzasadnienie - kilka ofiar zamachów terrorystycznych kontra miliardy ludzi do uratowania) jak i jest kogo poświęcać w imię równowagi środowiskowej (w końcu i tak jest nas dużo za dużo). Tak czy siak uzasadnienie dla aktów przemocy w imię ratowania planety niestety istnieje. Czy nam się to podoba czy nie, ekoterroryzm wkroczy na światową scenę wcześniej czy później, bo dla naszych pociech, które wejdą w dorosłość, będzie szalenie atrakcyjny. Sami zadbaliśmy o przygotowanie pozytywnego środowiska do jego rozwoju zaś za sam jego rozrost odpowiadać już będą nasze dzieci i wnuki. Zasialiśmy ziarno, zaś plon zbiorą kolejne pokolenia. Może nawet dożyjemy momentu, w którym będziemy cierpieć za nasze grzechy z rąk naszych dzieci i wnuków. Sami to na siebie sprowadziliśmy, logika to bezwzględna dziwka.

62 wyświetlenia0 komentarzy