• Mateusz Medyński

Obniżanie inflacji – poradnik użytkownika, czyli kto zapłaci za inflację i walkę z nią.

Polacy uwielbiają przysłowia i powiedzonka. Mamy ich tysiące na każdą okazję i świetnie oddają one ducha społeczeństwa (lingwiści wskazują, że właśnie dobór powiedzeń najwięcej mówi o cechach ludzi mówiących danym językiem). Aby więc nie zanudzić czytelnika, przypowieść o paskudnym i szalenie złożonym problemie inflacji przedstawię w powiedzonkach oraz językiem laika, żeby każdy mógł dowiedzieć się czegoś o podstawowych mechanizmach gospodarczych bez wymogu kończenia ekonomii. Wybaczcie skróty myślowe.


Po pierwsze: Koszula bliższa ciału.

Inflacja jest w zasadzie jedyną cechą wolnego rynku, która tak bardzo dotyka każdego z nas. Z tego, jak bardzo nas dotyka, często nawet nie zdajemy sobie sprawy. Mówimy „drożyzna”, widzimy rosnące ceny: a to właśnie inflacja. To też jedno z trudniejszych do zwalczania zjawisk na świecie. Po to w zasadzie (w dużym uproszczeniu) powołano i utrzymuje się w większości państw cholernie drogie systemy banków centralnych i różnego rodzaju organów polityki pieniężnej. Setki - jak nie tysiące - drogich specjalistów latami pilnują inflacji, wiedząc, że raz puszczona samopas jest niezwykle trudna do opanowania. Inflacji nie da się tak po prostu wyłączyć ustawą, inflacja opiera się populizmowi. Inflacja ma gdzieś propagandę w TV i marketing polityczny. To jedyna rzecz, którą na własnej skórze odczuwają wszyscy obywatele jednakowo, niezależnie od preferencji politycznych.


Żadne gadanie polityków nie zmieni faktu, że jeżeli człowiek z własnego portfela co miesiąc wyjmuje coraz większe pieniądze kupując te same towary, to ma prawo się wkurzać. Jeżeli inflacja powoduje, że pod koniec miesiąca w portfelu zostają tylko pajęczyny i nie ma za co kupić jedzenia dla rodziny to robi się bardzo nerwowo. Ponieważ zaś inflacja oznacza wzrost cen wszystkiego to okazuje się, że nie tylko grozi nam przejście na dietę, ale i takie drobnostki jak utrata domów, jeżeli są na kredyt, czy samochodów, jeżeli są w leasingu.


Wysoką inflację odczuwamy wszyscy, zawsze. Czy nam się to podoba czy nie. Możemy się z nią nie zgadzać, możemy w nią nie wierzyć, możemy wciskać sobie kit dotyczący jej przyczyn, ale skutek będzie podobny jak z niewiarą w grawitację. Nasz stosunek do tejże nie wpływa ani na jej działanie ani na jej skutki.


Po drugie: Fortuna kołem się toczy.

Podstawową prawdą jest to, że każda działająca gospodarka ma jakąś inflację. Jeżeli nie ma, to albo ktoś nie potrafi jej policzyć (albo fałszuje dane) albo gospodarka się nie rozwija. Spytajcie Japonię o negatywne skutki braku inflacji (czy nawet deflacji, czyli odwrotności inflacji) i ile miliardów jenów poszło na walkę z tym zjawiskiem. Japończycy oddaliby duszę za 3 procent inflacji. Inflacja jest więc w zasadzie niezbędna. Ale jak ze wszystkim na świecie – dobra jest w umiarze. Zbyt wysoka inflacja to oznaka choroby w gospodarce. Choroby najczęściej postępującej w stałym przyspieszeniu. Przyczyn tej choroby jest wiele i powiązanych ze sobą, ale rozwiązań problemu jest mało. Często fantastyczny okres rozwoju gospodarczego kraju skutkuje właśnie wzrostem inflacji. Wszystko zgodnie z zasadą, że każdy sukces nosi w sobie zalążek przyszłej porażki. Niby banał, ale sprawdza się raz za razem.


Świetnym przykładem, dość starym, ale widać nie dość znanym by uczyć się na błędach, była Hiszpania z czasów podboju Ameryk. Poza zamordowaniem 200 milionów rdzennych mieszkańców obu kontynentów, Hiszpanie w ciągu 150 lat wywieźli stamtąd 181 ton złota i 16 tysięcy ton srebra. Na obecne warunki to jakieś 4 miliardy dolarów w złocie i 7 miliardów dolarów w srebrze. Fajnie, nie? To powinno oznaczać, że każdy Hiszpan stał się milionerem, zaczął najadać do syta, chodzić w nowych ciuchach i spać w atłasach. Hiszpania powinna za te pieniądze stać się rajem na ziemi. Za tą forsą nie poszły jednak żadne ogromne zmiany w gospodarce. Piekarz nadal wypiekał 100 chlebów dziennie dla 150 głodnych mieszkańców, tylko tym razem każdy z nich zamiast drobniaków miał worek złota. I bochenek zdrożał 100-krotnie, bo popyt i podaż się nie zmieniły, zmieniły się tylko ceny. W ten sposób skutkiem wielkiego bogactwa była ogromna inflacja, która zniszczyła gospodarkę Hiszpanii na setki lat. Tak, setki!


Kiedy więc politycy w związku z covidem mówili o dopłatach i pieniądzach od rządu dla wszystkich (po angielsku to ma świetną nazwę – ukutą przez Miltona Friedmana – helicopter money, czyli kasa wyrzucana z helikoptera) mnie się odbijała quesadilla z komunii. Wygląda na to, że nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości, choć faktycznie jest kilka krajów, którym taka sztuczka może się udać (np. właśnie Stanom czy Niemcom). Polsce niestety nie, mamy za małą gospodarkę.


Po trzecie: Lekarstwo gorsze niż choroba.

Jedną z najważniejszych zależności w gospodarce, o której żaden polityk Wam nie powie, jest stosunek inflacji do bezrobocia. Zasada jest prosta, im wyższa inflacja tym niższe bezrobocie i odwrotnie. Spada inflacja, sypią się wypowiedzenia i rośnie bezrobocie. Wynika to z tego, że podstawowym generatorem inflacji jest wzrost płac. A ten występuje wyłącznie wtedy, kiedy na rynku jest mniej pracowników, niż potrzeba pracodawcom.


W takiej sytuacją muszą więc oferować coraz to lepsze wynagrodzenie, żeby przyciągnąć pracowników do siebie (albo zatrzymać ich przed odejściem do konkurencji). Natomiast jeżeli pracowników jest w bród, bezrobocie jest wysokie, to pracodawcy mają w kim wybierać i nie muszą podnosić płac, bo sam fakt posiadania stabilnej pracy jest dla ludzi wystarczającą zachętą, żeby pracować wydajnie. Zwyczajnie boją się zwolnienia, bo wiedzą, że na ich miejsce szybko znajdzie się ktoś inny.


Jeżeli więc mowa jest o walce z wysoką inflacją, to pamiętajcie, że mowa jest o wzroście bezrobocia. Skutkiem niższej inflacji będzie wywalenie masy ludzi na bruk, ponieważ przedsiębiorcy, żeby związać koniec z końcem będą musieli wprowadzać oszczędności, a te najłatwiej znaleźć właśnie wśród pracowników. Polacy mogą tego nawet nie zauważyć od razu, bo najpierw pracę stracą pracownicy najmniej wykwalifikowani, a tam rodaków mamy od dawna niewielu, często są to pracownicy zagraniczni np. Ukraińcy, Pakistańczycy, Nepalczycy, Białorusini etc. To oczywiście nie znaczy, że z wysoką inflacją nie wolno walczyć, ale dobrze jest wiedzieć, że każde działanie, nawet pożądane, ma swoje skutki, nie zawsze wszystkie pozytywne.


Kluczowym sposobem na walkę z inflacją jest tzw. schładzanie gospodarki. W prostych słowach oznacza to, że rząd musi zniechęcić firmy do inwestowania, zatrudniania nowych pracowników i rozwoju. Najlepiej jest to zrobić poprzez podwyższenie stóp procentowych. Stopy procentowe odpowiadają za to, jak drogie jest pożyczanie pieniędzy. Jeżeli dla firmy tańsze jest pożyczenie pieniędzy na rozwój, to niskie stopy procentowe skutkują rozwojem gospodarki (aż do jej przegrzania), bo firmy na kredyt biorą sprzęt, kupują surowce, zatrudniają ludzi etc. Jeżeli zaś stopy procentowe są wysokie, to pożyczanie pieniędzy się nie opłaca i wówczas firmy rozwijają się dopiero wówczas, gdy same odłożą pieniądze na nowe inwestycje. Wysokie stopy procentowe więc schładzają gospodarkę, bo firmy mniej inwestują, a więcej oszczędzają. Wówczas trudniej jest także o podwyżkę wynagrodzenia, bo firmie może się bardziej opłacać wyrzucić takiego roszczeniowego pracownika, niż ryzykować uszczuplenie oszczędności.


Wysokie stopy procentowe mają też drugi skutek. Każdy, kto ma niekomercyjny kredyt albo leasing od razu czuje na sobie zimny powiew śmierci. Jeżeli kiedy brałeś kredyt stopy były na poziomie 0,50, a potem wzrosły do 2,75 to twoja rata kredytowa wzrosła np. z 1600 PLN do 1900 PLN. Co prawda zarabiasz teraz więcej (inflacja oznacza też wzrost wynagrodzeń), ale jedzenie i wszystko inne kosztuje też więcej. Czyli do schładzania gospodarki dokładasz 300 PLN miesięcznie, czyli 3600 PLN rocznie. Decyzja RPP kosztowała cię właśnie dwie nowe lodówki albo używanego Forda Focusa z 2002 roku – i to rocznie. Kredyt jest średnio na 20 lat, więc jesteś w plecy 40 lodówek lub 20 Fordów Focusów.


Rzadko kiedy bierzemy kredyt zakładając duże zmiany w zarobkach, czyli najczęściej rata jest na styk, więc najprawdopodobniej wzrost raty o 300 PLN miesięcznie odczujesz na własnej skórze, a są i tacy, co nagle budzą się z ratą wyższą o kilka tysięcy miesięcznie. Pozostaje pytanie skąd brać różnicę. Możecie oszczędzać na życiu, kupować tańsze rzeczy, odmawiać sobie wakacji czy innych luksusów jak mięso (nasi rodzice jedli mięso raz w tygodniu i nie narzekali) czy masło (miksy tłuszczowe może i są szkodliwe, ale za to trzy razy tańsze), ale wszystko ma jakieś granice. W tym czasie zaś drożeje prąd (poza siedzeniem po nocy przy świeczkach niewiele oszczędzisz), woda (Polacy w zasadzie zawsze byli oszczędni z wodą i mydłem, wystarczy wziąć głęboki wdech w komunikacji miejskiej, więc tu też oszczędności nie wyciśniemy) i ogrzewanie (jedynie joginom nie powinno przeszkadzać 16 stopni w mieszkaniu w środku zimy), więc nasze oszczędzanie na raty kredytu ma konkurencję w postaci wyższych wydatków wszędzie indziej. Niestety często nie da się podwyżki zrównoważyć podwyżką wynagrodzenia, bo wasz pracodawca też musi oszczędzać i prędzej was wywali, niż przekroczy budżet. Bo nie zapominajcie, przedsiębiorstwo to nie budżet państwa, że można latami mieć deficyt. Jak wydajesz więcej niż zarabiasz to brakującą forsę skądś trzeba wytrzasnąć. Nikt firmy nie prowadzi, żeby do niej dokładać, jak się rachunek ekonomiczny nie składa co miesiąc to w końcu mamy upadłość, czasem więzienie, rzadko (ale niestety częściej niż kiedyś) samobójstwo.


Po czwarte: Małpa z brzytwą.

Tutaj przechodzimy do rzeczy najważniejszej. Wiemy już, że za wysoką inflację zapłacimy my, obywatele – jako pracownicy, pracodawcy, konsumenci, kredytobiorcy. Zawsze płacimy my. Wiemy też już, że za każde działanie mające na celu walkę z inflacją też zawsze zapłacimy my - obywatele – jako pracownicy, pracodawcy, konsumenci, kredytobiorcy. Nie my jednak za tę inflację odpowiadamy i nie my decydujemy o instrumentach walki z nią – od tego są politycy. To oznacza, że jeżeli wybieramy na osoby odpowiedzialne za gospodarkę, czyli także za pilnowanie inflacji ludzi się do tego nie nadających, to robimy to wyłącznie na swój koszt i na swoją odpowiedzialność. To samo dotyczy ludzi, których wybrani przez nas politycy stawiają na stanowiskach odpowiedzialnych za walkę z inflacją. Podobny problem mają oczywiście wszystkie kraje na świecie, ale zdecydowana większość z nich radzi sobie z nim znacznie lepiej, bo ich mieszkańcy (czyli wyborcy) nie zaniedbali powyższych zasad.


Słyszeliście kiedyś, żeby Prezes NBP albo któryś z członków RPP dostał obniżkę wynagrodzenia albo karę finansową za nieudolną walkę z inflacją? A minister finansów lub gospodarki został pozwany za szkody wyrządzone firmom w Polsce w wyniku swojej nieprzemyślanej polityki gospodarczej? Ja też nie słyszałem. Jak oni coś spieprzą to karę płacimy my – nie stać nas na jedzenie, wylatujemy z pracy albo komornik zabiera nam dom. Oczywiście, inflacja w Polsce nie bierze się tylko z działań polskich polityków, wiele czynników jest zewnętrznych. Tyle tylko, że nawet jeżeli to nie my odpowiadamy za podpalenie naszego domu, a do gaszenia pożaru przyjedzie strażak, który będzie polewał płomienie benzyną to już będzie nasza wina – bo to my tego strażaka wybraliśmy. Na czele straży pożarnej w pożodze zawsze lepiej mieć ludzi, którzy wiedzą jak ogień działa i jak z nim walczyć a nie np. akwarystów, czy byłych strażaków skazanych za piromanię.


Po piąte: Perły przed wieprze (dla lingwistów: margeritas ante porcos)

Przechodzimy do chłodnej analizy polskiej sytuacji. Po pierwsze mamy rząd, który fałszuje aktualny poziom inflacji. Może to robić zupełnie legalnie, wystarczy manipulować przy koszyku inflacyjnym. Pisałem o tym w poprzednich artykułach. Realna inflacja jest zapewne znacznie wyższa niż podaje GUS, dawno już przekroczyła 10%. Zresztą łatwo to sprawdzić, jeżeli energia zdrożała o 18%, paliwa o 23% a jedzenie o 9,44%, to inflacja na poziomie 9,2% wydaje się mrocznym żartem. Oczywiście każdy ekonomista znajdzie na to (i na każdą inną sytuację) tysiąc racjonalnych wytłumaczeń. Jak w PRL-owskim dowcipie, że inflacja jest stabilna, bo choć znacząco zdrożał chleb i mięso, to staniały lokomotywy i się wyrównało. Niestety żadne bajania nie zmienią faktu, że jak w danym miesiącu nagle brakuje Ci forsy, choć kupujesz to samo co zawsze, a miesiąc temu forsy nie brakowało, to jesteś zaniepokojony i słusznie. Walkę z inflacją niestety trzeba prowadzić stale, a nie od czasu do czasu. Popatrzcie na Stany Zjednoczone, oni najpierw zaczęli podejmować wszystkie inne działania mające na celu obniżenie inflacji, a dopiero na końcu ruszyli stopy procentowe. Czemu? Bo wiedzieli, że stopy procentowe obywateli zabolą najbardziej. Też mają stopy na najwyższym od lat poziomie (czyli Amerykanów walka z inflacją też bardzo boli) ale za to spodziewają się jej stabilizacji lub nawet spadku, więc jest szansa, że ich działania (podjęte wiele miesięcy wcześniej) zadziałały.


Co w tym czasie zrobiła Polska? Ano nic. Prezes NBP opowiadał bajki o stabilności i kraju mlekiem i miodem, kiedy reszta krajów już walczyła z inflacją. Poczekaliśmy tylko do momentu, kiedy wzrostu cen paliw, energii i żywności nie będzie się dało ukrywać i wówczas przywaliliśmy podwyżką stóp procentowych. Ponieważ niewiele to dało, podwyżek takich będzie więcej.

Innymi słowy, żeby walczyć z tym, że drożyzna powoduje, że wielu ludzi ma rosnące problemy z utrzymaniem siebie i rodziny z dnia na dzień, postanowiliśmy nagle podwyższyć im podatki, składki zdrowotne oraz raty kredytu. Gdybyśmy mieli rok na oswojenie się z tematem może byśmy to lepiej znieśli (człowiek jak karaluch, do wszystkiego się przyzwyczai, potrzebuje tylko do tego czasu – jak z gotowaniem żaby), ale kiedy od stycznia do marca ktoś wydaje na jedzenie o 30% więcej pieniędzy, a rata kredytu wzrasta mu nagle o 50% to czeka nas katastrofa, bo ludziom pęknie przysłowiowa żyłka pierdząca.


Dodatkowo pomysłem rządzących na walkę z inflacją (czyli przypomnijmy sytuacją, gdzie darmowe pieniądze nakręciły inflację) była tzw. tarcza antyinflacyjna, czyli surprise, surprise – darmowe pieniądze od rządu. Abstrahując od faktu, że żaden rząd nie ma własnych pieniędzy, wszystko czym rząd dysponuje to kasa obywateli grubo przetykana długiem (który także owi obywatele lub dzieci tychże obywateli kiedyś będą musieli spłacić), to pomysł na walkę z drożyzną wywołaną darmowym pieniądzem (500+ poza oczywistym i natychmiastowym skutkiem w postaci polepszenia się życia wielu najbiedniejszych miało też ten oczywisty i zawsze występujący skutek w postaci nakręcenia inflacji) było zwiększenie rozdawania darmowego pieniądza. To jak sprzedaż zapasów jedzenia na zimę, żeby kupić plazmowy telewizor. Przez chwilę będzie super, a potem rzeczywistość się o swoje upomni. Właśnie się upomniała. Może się to nam nie podobać, ale faktów nie zmienimy. Tutaj jest jeszcze wiele elementów wpływających tak na stan gospodarki jak i na inflację. Np. naukowcy zbadali dogłębnie wpływ udziału inwestycji zagranicznych w gospodarce na jej stan i zgadzają się, że niski udział inwestycji zagranicznych to dla gospodarki zły znak. Żeby zrównoważyć wzrost płac potrzebne są pieniądze spoza kraju, najlepiej z gospodarek w dobrym stanie, bo wówczas za nasze wyższe płace i lepszą wydajność płacą inwestorzy z innych krajów (ostatecznie także na tym zarabiając, bo z kolei dla nich jesteśmy tańsi niż inwestowanie w ich krajach). W Polsce obecnie jest to 16%, najniżej od upadku komunizmu i prawie tak nisko jak w PRL, kiedy było to 15%. Nie powiecie mi, że gospodarka w PRL rozwijała się świetnie. No właśnie. I nasza gospodarka też ma z tym problem.


Obecnie największym problemem nie jest już jednak to, w jaki sposób doprowadziliśmy do takiego wzrostu inflacji. Ważniejsze jest jak z nią walczymy. W przypadku Polski walkę z inflacją w całości przerzucamy na obywateli. Żeby uratować gospodarkę trzeba będzie wielu Polakom zabrać domy i mieszkania, większości emerytów nie będzie stać na leki, a wielu ludzi na jedzenie. Padnie masę firm i wielu ludzi wyleci na bruk.


A to nie jest jeszcze najgorsze, co nas czeka. Módlcie się, żeby inflacja nie zmieniła się w hiperinflację (złota granica to ok 30%), bo możemy mieć powtórkę z lat 90-tych, a drugiego Balcerowicza na horyzoncie nie widać. Zresztą tamtą transformację też okupiliśmy milionami ofiar, bezrobociem, beznadzieją. Może być jeszcze tak, że będziemy z rozrzewnieniem wspominać raty kredytu rosnące tylko o 25% rocznie, franka poniżej 5 złotych czy euro poniżej 10. Zimbawbe swojego czasu miało taką inflację, że człowiek dostawszy rano wypłatę w postaci 10 kilogramów banknotów nie mógł za te banknoty kupić torby, żeby mieć w czym je zanieść do domu. Na allegro można sobie kupić banknoty po 10 milionów dolarów zimbabweńskich. Czy wkrótce czeka nas banknot 10 milionów złotych? Czy będzie na nim podobizna Lecha Kaczyńskiego?


Dla zainteresowanych garść ciekawostek ze świata:

https://wyborcza.biz/biznes/7,177151,28113180,inflacja-w-styczniu.html

https://www.nytimes.com/2022/02/11/business/inflation-federal-reserve-economy.html

47 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie