• Mateusz Medyński

Kto to wszystko posprząta? Czy nadchodzi czas na prawdziwą merytokrację?

Przyzwyczaiłem Was już do marudzenia pesymisty. Utrzymuję jednak, że pesymista to realista, tylko dobrze poinformowany, więc zamiast potem być zaskoczonym lepiej jest popatrzeć na świat bez różowych okularów i przygotować się na najgorsze. Złotą zasadą na świecie (pod którą podpisuję się obiema rękoma) jest na szczęście „spodziewaj się najlepszego, ale przygotuj się na najgorsze”. I z taką maksymą z tyłu głowy zastanówmy się nad pułapką, w którą wszyscy wpadliśmy, sposobami wydostania się z niej i pomysłem na uniknięcie jej ponownie w przyszłości.


Na świecie już trwa ogromna dyskusja na temat tego, kto nas w to wszystko wpakował i kto nas uratuje. Poza oczywistym truizmem, że odpowiedzią na oba pytania jest słowo „my” jest też dużo ciekawych wątków pobocznych i o nich chcę chwilkę pomarudzić.

Chodzi o ludzi, dokładnie o specjalistów. Internet i media społecznościowe dały zielone światło wszystkim, którzy mają ochotę przekazać swoje zdanie o czymkolwiek i uczyniły to w sposób bardzo demokratyczny. Każdy może powiedzieć wszystko o wszystkim. Super. Problem polega jednak na tym, że przestaliśmy rozróżniać, czy dany pogląd jest wynikiem głębokiej refleksji i czy stoją za nim dane, fakty i przemyślenia. Kiedyś za nas robili to dziennikarze. Przesiewali miliony danych ze świata, by przekazać nam te, które wedle ich doświadczenia mogły być dla nas najważniejsze, przy okazji weryfikując i wyrzucając oczywiste bzdury. Teraz nikt tego za nas nie robi. Przytaczany w internecie rzekomy pomysł „influencerów” o tym, żeby usta płukać ciepłą wodą, bo covid umiera w temperaturze powyżej 30 stopni (pytanie brzmi, ile wynosi temperatura ludzkiego ciała, w którym wirus ten potem się rozwija już nikogo nie interesowała) był niemal tak popularny jak zalecenie 30 sekundowego mycia rąk (co jest dobrą zasadą nie tylko w czasie epidemii). O pewnym prezydenckim pomyśle picia wybielaczy nie wspomnę.


Świat zaczął zrównywać opinie wszystkich ludzi ze sobą, niezależnie od tego, kto te opinie wypowiada. W trakcie debat telewizyjnych przeciwstawiano sobie poglądy naukowców, którzy pół życia badali dany problem i zdanie polityków, którzy wiedzę o temacie nabyli godzinę wcześniej, czytając doniesienia z internetu. Świetnym przykładem jest spór o zmiany klimatyczne. W każdej debacie jest jeden zwolennik teorii o zmianach i jeden przeciwnik, tak że ludzie myślą, że kłótnia przebiega 50/50. W rzeczywistości naukowcy podzielili się 99/1, zatem przeciwnik teorii o zmianach klimatycznych, wywołanych działalnością człowieka to nie jeden z ważnych głosów w sporze, a błąd statystyczny.


Na świecie i w Polsce stało się modne dyskwalifikowanie różnej maści ekspertów, jako reprezentantów elit, które wywyższają się i ignorują „zwykłego” człowieka. Posłuchajcie co mówi się o sędziach czy lekarzach. Problem jednak w tym, że jeżeli ktoś miałby zostać poddany skomplikowanej operacji chirurgicznej wolałby zapewne, żeby zabieg wykonywał lekarz specjalista z wieloletnim doświadczeniem, a nie dostarczyciel pizzy, który obejrzał Dr House’a i na tej podstawie uważa, że wszystko potrafi. Z przerażeniem obserwowałem jak epidemiologiczne aspekty COVID tłumaczyli w telewizji politycy po lalkarstwie, czy technikum motoryzacyjnym, a wpływ kwarantanny na gospodarkę objaśniali akwaryści.


Tu nie chodzi o wywyższanie się ani żaden elitaryzm. Po prostu człowiek, który poświęcił pół życia na poznawanie wszystkich niuansów danego tematu zawsze będzie miał bardziej wartościowe rzeczy do powiedzenia w swojej specjalizacji niż człowiek, który takiej dyscypliny nie wykazał. Specjaliści mogą się spierać i nawet powinni, rzadko kiedy jakikolwiek punkt widzenia jest jedynym słusznym, ale może to następować wyłącznie wtedy, kiedy obie strony używają argumentów, popartych wiedzą i doświadczeniem. Możemy nie rozumieć sporu, ale powinniśmy respektować poziom, na którym się odbywa. Tego szacunku się wyzbyliśmy. Uważamy, że ludzie, którzy dysponują nadzwyczajną wiedzą w jakiś sposób się wywyższają. Pewnie w dużym stopniu mamy rację, nie brakuje przykładów z życia potwierdzających, że specjaliści, osiągnąwszy pewien poziom, potrafią lekceważyć wszystkich innych i uznawać swoje zdanie za prawdę objawioną. Tacy ludzie też mogą się mylić. Znam jednego doktora prawa, który w swojej wielkiej wiedzy (i pysze) regularnie pokazuje, iż nie posiada elementarnej nawet wiedzy o prawie konstytucyjnym, na poziomie choćby studenta pierwszego roku. Tylko to nie znaczy, że pozostali doktorzy prawa do sami idioci.


Jeżeli nie nauczymy się znów słuchać specjalistów, jeżeli nie uznamy, że najpierw powinno się wysłuchać ludzi, którzy ciężką pracą i wielkimi wyrzeczeniami dążyli do specjalistycznej wiedzy na dany temat, zamiast przeciwstawiać ich ludziom, którzy po prostu głośniej krzyczą, nie mamy szans na ratunek jako gatunek. Ludzie już wielokrotnie udowadniali, że potrafią podejmować decyzje, które stoją w elementarnej sprzeczności z ich własnym dobrem i bezpieczeństwem i może im być potrzebny zewnętrzny głos rozsądku. Za każdym razem, gdy oddajemy ster debaty w ręce emocji, zamiast faktów, wizerunku zamiast doświadczenia, skazujemy siebie na porażkę. Nigdy nie było to tak widoczne, jak teraz. Politycy, których sobie wybraliśmy, bo mówili naszym językiem i doskonale grali na naszych emocjach, okazali się tak samo bezradni jak my sami w obliczu zagrożenia, z którym tylko wiedzą można walczyć.


Zapomnieliśmy o zasadach merytokracji. O tym, że żeby móc się wypowiadać na jakikolwiek temat powinno się mieć elementarną wiedzę. Że żeby piastować ważne stanowiska publiczne trzeba najpierw wykazać się nadzwyczajnymi umiejętnościami (i nie chodzi tu o nadludzką moc całowania w tyłek kogo trzeba), bo na tym stanowisku ryzykujemy nie swoimi zasobami, ale wspólnymi. Przestaliśmy szanować ludzi, którzy ciężką pracą doszli do czegoś w życiu. Wyznacznikiem sukcesu stała się sama popularność albo majątek (nawet odziedziczony po kimś znacznie mądrzejszym), choć nie zawsze z wielką wiedzą czy wielkimi umiejętnościami wiążą się ogromne dobra materialne. Często nawet ci wspaniali ludzie, którzy są wybitnymi ekspertami w swoich dziedzinach, za cholerę nie potrafią o tym opowiadać w sposób ciekawy i wystarczy nam to by dyskwalifikować ich wiedzę. Wszystko ma być łatwe, przystępne i kolorowe.

Tak długo, jak pozwolimy by naszym światem rządzili ciekawi i przystępni debile, tak długo nie poradzimy sobie z żadnym wyzwaniem współczesnego świata.


Dotyczy to wszystkich sfer funkcjonowania, choć najbardziej jaskrawo widać to w polityce. Emocje są super w rządzeniu, bo dzięki nim świat staje się na chwilę prosty. My kontra oni. A świat prosty nie jest i nie będzie, nie możemy ukrywać się za swoim lenistwem, nie możemy pozwalać, by to, że samemu nie osiągnęliśmy mistrzostwa w tym czy tamtym (mistrza kolarstwa nie koniecznie spytam o rybołówstwo, ale mogę bezpiecznie założyć, że na rowerach i wyścigach się zna jak nikt) niwelowało wiedzę innych osób w tej dziedzinie.


Zakończę przykładem z własnego podwórka. Wszak dotyczy to także prawników. Wśród nad nie brakuje chamów i buraków, ludzi z przerostem ego i straszliwych nudziarzy. Nie brakuje też kauzyperdów (grzeczne określenie na głupola). Ale nie można odmówić wielu prawnikom wiedzy, którą zdobywali latami. Którą szlifowali ją po nocach ślęcząc nad kodeksami i umowami, kiedy inni spali. Czasami nawet udzielenie zwykłej odpowiedzi nie/tak wymaga godzin analiz. I wszystko to zastępujemy artykułem przeczytanym w internecie za darmo. I już wiemy tyle samo co papuga, która dodatkowo chce za to masę kasy. Otóż nie, nic nie zastąpi lat doświadczeń, gromadzenia wiedzy, ciężkiej pracy. Nawet jeżeli prawnicy za swoje usługi chcą więcej pieniędzy (z mojego doświadczenia wynika jednak, że stawka godzinowa większości prawników nie przekracza stawki godzinowej dobrego hydraulika – to zresztą także specjaliści w swojej dziedzinie!) to powinniśmy ich wiedzę i poświęcenie oraz przekazywane przez nich informacje traktować poważnie.


Tak samo z rządzącymi. Jeżeli nie będziemy wybierać na odpowiedzialne stanowiska ludzi merytorycznych, którzy osiągnęli sukcesy w określonych specjalizacjach, a zamiast tego robili konkurs piękności, to nie spodziewajmy się, że nasz kraj (ani jakikolwiek inny) będzie dobrze zarządzany. Inaczej zmieniający się świat i wyzwania, które przed nami stawia, nas zmiotą. I sami sobie będziemy zawdzięczać tę zagładę.

34 wyświetlenia0 komentarzy