• Mateusz Medyński

Gospodarka krajowa i spodziewany wpływ koronawirusa na nią w liczbach.

Polscy rządzący zachowują bardzo duży spokój (przynajmniej publicznie) w zakresie tego, jak doskonale trzyma się polska gospodarka i jak świetnie wyjdziemy z kryzysu. Do tego stopnia, że zwiększamy jeszcze transfery socjalne (wakacje plus, słynne „czeki Morawieckiego” etc.) dodatkowo obciążając budżet. Wszystko to jest finansowane z emisji obligacji, czyli ze zwiększania długu publicznego. Pisałem o tym poprzednio, ale w międzyczasie pojawiła się nowość. Obligacje emituje nie tylko Skarb Państwa, ale także PFR (łącznie zaplanował 100 mld PLN w kilku transzach – to z danych PFR) oraz BGK (też w miliardach). Wszystkie mają gwarancje Skarbu Państwa, więc wszystkie będą wpływały na stan budżetu.


O ile środki w ten sposób pozyskane pójdą na ratowanie przedsiębiorstw (czyli na bezzwrotne pożyczki dla firm) to dobrze (o to właśnie w nich chodziło i taki manewr byłby najlepszym rozwiązaniem dla kraju, zresztą stosowanym wszędzie indziej na świecie), ale z doświadczenia z naszym rządem wiemy, że znaczną część nowopowstałego długu przeznaczą na "łapówki polityczne" dla wyborców w zamian za poparcie w wyborach prezydenckich i nadchodzących parlamentarnych (to wiemy z doświadczenia poprzednich wyborów, nie ma podstaw zakładać, że coś się tutaj zmieni, zwłaszcza, że ta metoda działa, bo choć kosztowna, to jednak przysparza wyborców).

Oznacza to, że mnóstwo forsy wydamy na cele nie mające z gospodarką nic wspólnego, a jednocześnie znacząco zwiększające nasz dług publiczny (czyli kasę, którą Państwo wisi swoim obywatelom oraz wierzycielom, a którą co roku wydaje). Dług, który trzeba obsługiwać i który trzeba kontrolować.


W międzyczasie zaś, prognozuje się znaczące spadki PKB na całym świecie, czyli choć obecnie zadłużamy się na potęgę, środków, które będzie można przeznaczyć na obniżenie długu publicznego będzie w tym roku jeszcze mniej.


I tu przechodzimy do liczb. Pokażę Wam na spokojnie, jakie kwoty prognozuje się w 2020, a Wy zdecydujecie czy sytuacja naszego kraju jest poważna i czy wyjdziemy z tego obronną ręką tak, jak usiłuje nam się wmawiać. Oczywiście wszystko to jest liczone metodą chałupniczą, wiem że ekonomia jest dużo bardziej skomplikowana, ale liczby, na których pracuję są prawdziwe i nawet jeżeli mylę się w połowie, to wyniki i tak są przerażające.

Najbardziej łagodna perspektywa została nakreślona przez Bank Światowy i tej trzyma się np. minister Jadwiga Emilewicz. Mianowicie w 2020 nasz PKB spadnie o 4,1%.

Nasz prognozowany dochód budżetowy na 2020 (jeszcze przed koronawirusem) to 437 miliardów PLN. A zatem szacunkowo spadnie on o 17,9 miliarda złotych. Komu obetniemy, żeby to zrównoważyć? Dla przykładu podam, że w budżecie za 2019 rok taka kwota stanowiła łącznie wydatki na wymiar sprawiedliwości (13,3 mld), oświatę i wychowanie (2 mld), kulturę i ochronę dziedzictwa narodowego (2,5 mld). Jest to także odpowiednik połowy wydatków budżetowych na rodzinę (czyli głównie 500+ tj. 37,8 mld PLN) albo na obronność (36 mld) lub prawie jedna czwarta wydatków na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne.


Pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwagę, że już w 2019 na obsługę długu publicznego (czyli tego, co właśnie zwiększyliśmy o ponad 200 mld PLN) wydawaliśmy 29 miliardów PLN.

Tyle o liczbach. Zakładając optymistyczny wariant kryzysu, w budżecie zabraknie pieniędzy na istnienie sądów oraz szkół oraz na muzea. Wszystko to trzeba będzie zamknąć. Celowo podaję skrajne przypadki, żeby podkreślić skalę problemu. Powiedzmy więc, że rząd nie zamknie sądów ani szkół (tutaj zamknąć musiałyby samorządy, bo nie dostałyby rządowej subwencji, która i tak już teraz jest znacznie poniżej realnych kosztów tych szkół, więc nie ma na czym oszczędzać). Wówczas oszczędności trzeba będzie poszukać gdzieś indziej. Np. emeryturę wypłacimy tylko trzem z czterech uprawnionych. Albo połowa uprawnionych do 500+ odejdzie z kwitkiem. Chyba, że dodatkowo zwiększymy zadłużenie i pożyczymy na to pieniądze (a 30 mld PLN rocznie wydajemy na spłatę już wymagalnego długu).


Wszystko powyżej napisane to optymistyczne podejście do rzeczy. Teraz pesymizm. Bank Światowy prognozę dla Polski oparł o fakt, iż szybko wprowadzono pakiety stymulujące gospodarkę. Tyle tylko, że ustawy może i wprowadzono szybko, ale zanim odkręcono kurek z pieniędzmi minęło kilka tygodni. Wbrew reklamom w mediach państwowych (finansowanych z publicznych pieniędzy) o niebywałej skuteczności pakietu, polscy przedsiębiorcy sami wskazują, że było tego za mało i za późno. Najlepszym dowodem jest stan sektorów, które mieliśmy ratować. Restauracje nadal leżą, handel detaliczny spadł o 30%, galerie handlowe ledwo zipią (zakaz handlu w niedzielę nie pomaga), hotelarstwo leży, a obiecywany bon dotrze do ludzi w sierpniu, czyli z 3 miesięcy wakacji polscy hotelarze zarobią tylko w jednym, bo potem wrzesień i szkoła.


Przedsiębiorcy siedzą cicho, bo całą energię wkładają w ratowanie biznesów, wszyscy się przyzwyczaili, że mogą liczyć tylko na siebie. Wzięli ile się dało z tarczy i to pozwoliło im nie upaść w maju ani w czerwcu, ale nie oszukujmy się, tych środków nie starczyło na stabilną działalność, potrzebne są realne przychody z działalności, a te znacząco spadły u większości przedsiębiorców. Pracownicy zostali wysłani na urlopy i cieszą się wakacjami, ale jak we wrześniu wrócą do pracy to może się okazać, że firmy nie będą potrzebowały tylu ludzi, bo zwyczajnie nie mają zamówień.

OECD wydało swoją własną prognozę dla Polski i szacuje spadek PKB o 7,4% (w wariancie optymistycznym) i 9,5% w wariancie pesymistycznym (oba uzależnione od rozwoju pandemii). Przebieg pandemii w Polsce na tle reszty świata wskazuje raczej na wariant optymistyczny, co oznacza, że w budżecie zabraknie tylko 32 miliardów PLN (w wariancie pesymistycznym byłoby to 41 miliardów). To dziura równa wydatkom na obronę narodową albo na rodzinę. Albo łącznie na całą administrację publiczną i wymiar sprawiedliwości.


Wszystkie te braki będziemy musieli pokryć zadłużając się dodatkowo, choć już jest z tym źle, bo ostatnie transfery socjalne (500+) oraz wydatki motywowane politycznie (przekop mierzei wiślanej, centralny port komunikacyjny, wykup długów kopalń rękoma spółek energetycznych), znacząco zwiększyły zadłużenie i zmniejszyły wpływy do budżetu. Nie jesteśmy w strefie Euro jak Włosi czy Hiszpanie, nas EURozona (czyli ogromna gospodarka Niemiec) nie uratuje. Zostaniemy z tym długiem sami. Im będzie większy, tym większe kłopoty czekają nas w przyszłości (i to niestety niedalekiej).

Nie myślmy, że jakoś da się to przejść, że jesteśmy zbyt wielkim krajem na bankructwo. Nic bardziej mylnego, Polska spędziła w stanie niewypłacalności prawie trzecią czasu od momentu uzyskania niepodległości w 1918 r. Od tego czasu bankrutowaliśmy aż trzy razy. Tylko wówczas nie było agresywnych funduszy inwestycyjnych, które żyją ze skupowania długów upadających państw. Teraz są i scenariusz argentyński (osiem bankructw, z czego ostatnio w 2002 roku) jest bardzo realny o ile nie odzyskamy kontroli nad długiem publicznym.


Pędzimy coraz szybciej, a ściana w kierunku której biegniemy zbliża się nieubłaganie.

30 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie