• Mateusz Medyński

Edukacja głupcze czyli w jakie bagno pakujemy własne dzieci

Znów będę marudził o niebezpieczeństwach czyhających na współczesnego człowieka niestety. Tym razem (znowu, obawiam się) niebezpieczeństwa te wytworzyliśmy sami, bez świadomości, za to z pieśnią na ustach. Chciałbym pisać o miłych rzeczach, ale otacza nas tyle koszmarnych spraw, z których nie zdajemy sobie sprawy lub celowo olewamy, że niestety nie mogę nie pisać i przez to wychodzę na jakiegoś proroka zagłady. Trudno.


Chodzi mianowicie o dzieci, a dokładnie o ich edukację. Pandemią COVID przykryliśmy najbardziej przerażający eksperyment na naszych dzieciach od czasów doktora Mengele. Może nie w sensie fizycznym, bo krzywda fizyczna się - co do zasady - jeszcze dzieciom nie dzieje, ale oceniając negatywne skutki dla samych dzieci, to obecny eksperyment jest dużo gorszy, bo dotyczy nie kilku tysięcy, a całego pokolenia. Ludzi za niego odpowiedzialnych można swobodnie nazwać zbrodniarzami, a najgorsze jest to, że wielu rodziców temu procederowi przyklaskuje albo w ogóle go nie zauważa. Bardzo chciałbym powiedzieć, że przesadzam, wierzcie mi, bardzo.


Zatem po kolei. Obecne dzieci to nasi przyszli lekarze, budowniczowie domów, żołnierze i policjanci broniący naszego bezpieczeństwa etc. Powinniśmy dbać o ich prawidłową edukację z samego nawet egoizmu. Im gorsza będzie ich edukacja tym gorsze uzyskamy od nich usługi i towary w przyszłości. Apelując natomiast nie do troski o własne cztery litery a do empatii (wiem, że wielu Polaków takową posiada) powinniśmy zwyczajnie o dzieci dbać, ponieważ chcemy dla nich lepszego życia niż sami mieliśmy. Tak to powinno wyglądać w teorii i tak to deklarują wszyscy rodzice w kraju. W praktyce ni cholery tak nie wygląda i wielu tego nie widzi, albo sprawę bagatelizuje. W imię więc własnej wygody rzucamy własne dzieciaki pod rozpędzony autobus.


Po pierwsze przyszłość. Nikt jakoś specjalnie nie zastanowił się, co oznacza deficyt budżetowy oraz to, że rośnie (nie piszę tu dla widzów TVP, bo tam z finezją młotka ciesielskiego tłuką ludziom do głowy o jakiejś magicznej nadwyżce). Mamy u stóp internet całego świata, sprawdzenie choćby w wikipedii co to jest budżet, jak działa i o co chodzi z deficytem zajęłoby każdemu Polakowi 5 minut, dużo mniej niż przescrollowanie tego, co jedli ostatnio i pstryknęli fotki na fejsbuniu ich znajomi. A jednak nikt tego nie robi. Mamy dostęp do całej wiedzy świata i w ogóle z niej nie korzystamy.

To ja wyjaśnię. Deficyt w ordynarnym uproszczeniu polega na tym, że na każdą złotówkę wydaną z budżetu w tym roku, musieliśmy (czyli Państwo) ileśtam groszy pożyczyć. Jeżeli deficyt to 60% to w każdej 1 PLN jest 60 groszy pożyczonej forsy, czyli przejedliśmy to w tym roku, ale trzeba oddać w kolejnym etc. A ponieważ tak robią niemalże wszystkie kraje (poza np. Norwegią przed 2020 rokiem, bo teraz już też się dorobili deficytu przez lockdowny) niby nic się złego nie dzieje, w końcu rolujemy ten deficyt co roku, czyli spłacamy zeszłoroczny deficyt pożyczając nowe pieniądze po nowych stawkach i w ten sposób finansując tegoroczny deficyt. Powyższe oznacza też, że najbardziej prawdopodobnymi dłużnikami naszych obecnych wydatków są nasze dzieci, my już będziemy dawno w piachu.


Każdemu więc minimalnie nawet świadomemu rodzicowi powinny włosy na głowie stawać na myśl o tym, że polski deficyt rośnie. Bo to oznacza, że żeby Polska jako kraj się nie zawaliła w przyszłości, nasze dzieci będą coraz więcej pieniędzy z płaconych przez siebie podatków i opłat (które w zasadzie powinny iść na edukację ich z kolei dzieci, na leczenie ich rodzin, na oświetlenie ich ulic i ogrzanie domów etc.) wydawać będą nie na te wszystkie niezbędne usługi, a na spłatę naszych (sic!) długów i kasy, którą obecnie przejadamy. Klub paryski i klub londyński umorzyły nam miliardy w długach, kiedy wchodziliśmy do Unii, drugi raz taka sztuczka się nie uda. Tym bardziej, że już 37% Polaków (jak rozumiem idąc za argumentacją młotka ciesielskiego z żółtego paska TVP) uważa, że powinniśmy z Unii wyjść. Czyli z długami zostaniemy sami (a dokładniej same zostaną nasze dzieci).


Rodzice biorący pieniądze na 500+ na swoje pociechy, po analizie skąd rząd bierze kasę na te wydatki (drukuje, czyli wymyśla nieistniejące pieniądze pod zastaw majątku narodowego, czyli naszego wspólnego) powinni zrozumieć, że co 5 lat przehandlowują w ten sposób jeden organ swoich dzieci, po jego czarnorynkowej wartości. Tj. ich dzieci będą musiały skądś wytrzasnąć dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy złotych, żeby spłacić długi ich starych zaciągnięte przez Państwo Polskie żeby mieć na pieniążki rodzicom owym rozdane. Jak nie znajdą pieniędzy to zostaje im sprzedać jakiś organ, ewentualnie zgodzić się na jego obumarcie, bo gdyby zachorowali to polska medycyna już im nie pomoże – bez spłaty starych długów zabraknie bowiem kasy na leczenie. A jak ktoś we wsi nie ma już babki znachorki, to jego przygoda z szeroko pojętą medycyną się w Polsce skończy ostatecznie (w rozumieniu dosłownym).


Nie musicie mi wierzyć na słowo, popatrzcie na przykład Argentyny (która upadała już kilka razy i w której w zasadzie nie istnieje publiczna opieka zdrowia, bo wszystko zabrali wierzyciele) albo RPA (gdzie marnotrawstwo i fatalna polityka rządu doprowadziło do tego, że większości miast nie stać na zapłacenie rachunków za prąd w państwowych firmach i gdzie w wielu miastach elektryczność jest maksymalnie godzinę dziennie - a kraj ten dysponuje surowcami z całej tablicy Mendelejewa i żyznymi ziemiami, więc mogliby być rajem na ziemi). Czyli obecnie zadłużamy nasze dzieci po uszy. Ciekawe jak się będą czuły, kiedy dowiedzą się, że w ramach prezentu z okazji wejścia w dorosłość dostaną weksle tatusia i mamusi do spłaty do końca życia. Bo nic więcej im nie zostawimy. Czyżby? Śmierdzących prezentów ciąg dalszy poniżej.


Po drugie środowisko. Skoro my się męczymy w 38-stopniowym upale przez 3 miesiące w roku (a okres ten stale się wydłuża, bijąc przy okazji kolejne rekordy temperatur) to nasze dzieci będą już zmagać się z 42-stopniowym upałem w standardzie. Czyli polskim latem z topiącym się asfaltem, pękającymi z żaru szybami w oknach i zakazem wychodzenia na dwór pomiędzy 12.00 a 22.00. Do tego huragany po 100 km na godzinę i burze z opadami po 1000 mm, które wymywają ludzi żywcem z tuneli metra. Co więcej pogoda jest tak skomplikowaną siecią zależności, że my naprawdę nie wiemy co nas w tym temacie jeszcze czeka, możemy tylko szacować, a wszystkie te szacunki dla nas są złe. Jasne, będzie nam żal Holandii, która w całości zniknie pod wodą, czy Wanuatu albo Szeszeli (w końcu nie wszystkim były one potrzebne do szczęścia), może nawet machniemy ręką na połowę Trójmiasta, która stanie się de facto Wenecją (mapy zalania Polski w przypadku podniesienia poziomu mórz są dostępne w internecie, radzę sprawdzić, czy do waszego mieszkanka nie pora dobudować pomostu na łódkę), ale obecnie nie potrafimy przewidzieć wszystkich skutków np. totalnego stopienia się lodów Grenlandii (i uwolnienia ukrytego w tamtejszym lodzie dwutlenku węgla) czy przesunięcia się Golfstromu o paręset kilometrów. Może być tak, że nasze dzieci nigdy już nie będą mogły wyjść na powierzchnię, bo pogoda zwyczajnie ich zabije. Wiemy, że tak będzie, nie wiemy tylko kiedy. Pytanie więc czy własną głupotą zamordujemy nasze dzieci, zanim same będą miały dzieci czy wcześniej. Wszystko w imię tego, żeby móc teraz zjeść steka czy polecieć co roku do Egiptu na wakacje. Świadome rodzicielstwo level ekspert.


Zastanówcie się, wszystkie analizy naukowe (których najczęściej nie podaje się w mediach mainstreamowych, żeby nie wyszło na straszenie widzów czy słuchaczy, nawet nad raportem IPCC tylko się prześlizgnęły) mówią nie o tym, że mamy szansę na uratowanie się, jeżeli ograniczymy emisje do któregośtam roku – czyli to, co populistycznie i szalenie cynicznie wciskają nam politycy, ale o tym, że musimy natychmiast odwrócić emisję, czyli aktywnie pochłaniać gazy cieplarniane. Musielibyśmy dzisiaj, tak dzisiaj, wyeliminować emisje gazów cieplarnianych w całości, a potem przez 10-20 lat aktywnie pochłaniać czy chwytać już obecnie krążące po planecie gazy cieplarniane. I wtedy mamy jakąś tam (nadal niewysoką, bo sytuacja jest krytyczna, a my nadal nie znamy wszystkich zależności) szansę na uratowanie się. Pięknie to kiedyś powiedział świętej pamięci komik George Carlin, kiedy opowiadał o bezsensownych jego zdaniem sloganach, żeby ratować planetę: „There is nothing wrong with the planet. The planet is fine… the people are fucked!” Ziemia znosiła dużo gorsze plagi niż ludzkość, ale wygląda na to, że od czasów dinozaurów będziemy mieli do czynienia z masowym wyginięciem dotychczas dominującego gatunku – tylko tym razem w ramach samozaorania. Właściwie jedyną rzeczą co do której realnie spierają się naukowcy to to, czy nie jest już czasem za późno na ratunek.


Zostaje jeszcze jeden, ale za to najważniejszy element. Mianowicie edukacja. Temat szeroki i w dużym stopniu kluczowo powiązany ze wszystkim co napisałem powyżej. Już wiemy, że zwaliliśmy własnym dzieciom na barki wszystkie nasze długi wynikające z oszalałego konsumpcjonizmu i traktowania państwa jak darmowej stołówki. Wiemy też, że wiele pokoleń (my tylko dorzynamy watahę) ciężko pracowało nad totalnym rozwaleniem klimatu i naprawianie setek lat zniszczeń też spadnie na barki naszych dzieci.


Skoro już wiemy to wszystko, to powinniśmy obecnie robić co tylko w naszej mocy, aby nasze dzieci były należycie przygotowane to tych ogromnych wyzwań, przed którymi je stawiamy. Takim przygotowaniem może być tylko rzetelna edukacja i wyposażenie ich w narzędzia, które pozwolą im krytycznie myśleć, aktywnie poszukiwać skutecznych rozwiązań na nieznane dotychczas problemy (na te znane też). Będą też potrzebowały wiedzy strategicznej pozwalającej na ocenę zasadności działań oraz ich skutków, żeby naprawiać a nie psuć dalej. To wszystko może im zapewnić tylko rzetelna i skuteczna edukacja. Człowiek nie dysponuje żadnymi skutecznymi elementami fizjonomii. Nie mamy szponów, skrzydeł, futra etc. Ale mamy mózg. To mózg jest naszą najlepszą bronią w każdej walce. I powinniśmy dbać, by broń ta była w możliwie najlepszym stanie. Czyli skupiać się na uczeniu naszych dzieci logicznego myślenia i kreatywnego podejścia do problemów.


My natomiast robimy coś zupełnie przeciwnego. Wysyłamy nasze dzieci na wojnę, najgorszą ze wszystkich wojen w historii, z wrogami, którym sami stworzyliśmy, wykarmiliśmy i uzbroiliśmy. Kiedy już dzieci ruszą do boju (na razie najmłodsze pokolenia nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego jakie wyzwania ich czekają, choć są i wyjątki: zamiast śmiać się np. z Grety Thunberg sugeruję posłuchać, co ma do powiedzenia – zdziwcie się) odkryją, że do tej wojny wyposażyliśmy je w miecze z waty cukrowej oraz zbroje z kartonów po lodówkach. Rozumiem, że wielu ludzi nie ma z tym problemu, bo kiedy nasze latorośle odkryją skalę oszustwa, to nie będą nawet mogły nam dać za to po mordzie, bo zwyczajnie większość z nas już nie będzie żyła. Ale jeżeli genetyczna troska o swoje DNA jeszcze u kogokolwiek działa, to powinien przynajmniej czuć wstyd za to, że własne potomstwo wystawił do wiatru.


W filmach SF sprzed kilkudziesięciu lat w 2021 roku mieliśmy już mieć teleportację, latające samochody czy kolonie na innych planetach. A mamy internet (też swoją drogą niezłe wyzwanie), który ludzie wykorzystują głównie nie dla poszerzania swojej wiedzy, ale, żeby pokazywać innym filmiki jak leją w gacie, czy jedzą tabletki do zmywarki. Mamy ludzi, którzy wolą iść do astrologa niż do lekarza (i nie chodzi nawet o tego astrologa nieszczęsnego - po prostu pomiędzy tymi profesjami nie ma znaku równości). Mamy gości, którzy podejrzewają, że miliarder wywołał światową pandemię, żeby móc im osobiście wszczepić czip, który umożliwi kontrolę umysłu, czy ludzi, którzy kwestionują kulistość ziemi. Wiem, że przykłady są dość skrajne, więc przejdźmy do bardziej podstawowych. Stworzyliśmy świat, w którym przekonanie o czymś równa się faktom, co jest już poważnym wyłomem w naszym instynkcie samozachowawczym i świadczy o malejącej z każdym pokoleniem inteligencji. To, że ktoś nie wierzy w grawitację czy w wirusa nie spowoduje że nie zostanie z niego mokra plama po wypadnięciu z 10 piętra czy że nie zachoruje.


A co w związku z tym robimy my- dorośli? Z powodu pandemii wysłaliśmy dzieciaki do domów z przykazaniem, że mają się z tych domów dalej uczyć. To, że masa dzieciaków nie ma komputerów, czy że nikt nie liczył, ile dzieci zwyczajnie przestało się logować, nie miała dla nas żadnego znaczenia. Rządzącym umknęło również to, że wiele dzieci chodziło do szkoły również po to, żeby coś zjeść, bo w domu nie miały na co w tym zakresie liczyć. Olaliśmy rozwój stadny czyli obowiązkowe (jeżeli nie chcemy, by nasze dzieci w przyszłości bały się interakcji z innymi) wychowanie w ramach grupy rówieśniczej, olaliśmy konieczne w ramach relacji w klasie, budowanie więzi i kształtowanie zachowań społecznych. Wielu psychologów mówi nawet, że to właśnie budowanie relacji z innymi jest podstawowym zadaniem szkoły, a nie edukacja. Wymyśliliśmy, żeby młodych ludzi, którzy już mają kłopoty ze skupieniem się (podobnie jak wszyscy dorośli, więc im się nie dziwię) przykuć na kilka godzin do komputera, żeby w samotności (połączenie przez kamerkę to nie to samo) grzecznie przyswajali wiedzę. I nie widzimy tego, że takie nauczanie, zwłaszcza w przypadku drastycznego odejścia od poprzedniego modelu (nie daliśmy nikomu czasu na przestawienie się, ani uczniom ani nauczycielom) jest zwyczajnie dużo mniej wydajne, czyli że uczniom w głowach zostaje znacznie mniej, niż gdyby siedzieli w klasie. Uznaliśmy, że siedzenie w klasie i siedzenie przed komputerem to to samo i już. Bezrefleksyjnie postawiliśmy pomiędzy tymi dwoma sytuacjami znak równości.


A teraz prawdziwa bomba. Gwarantuję, że szczęki Wam opadną. Każdego roku MEN przeprowadza tzw. egzamin dojrzałości, czyli maturę. I każdego roku wyniki są podobne. To chyba dobrze, myślicie. To znaczy, że kolejne roczniki są równie dobrze przygotowane do egzaminu czyli edukacja nadal działa.

Nic bardziej mylnego. Otóż MEN tak ustala poziom egzaminów, żeby zdawalność była w okolicach 75-80%, czyli dostosowujemy egzamin maturalny trudnością do tego, z czym przychodzą na niego dzieciaki a nie odwrotnie. Jakość nauczania spada drastycznie, a wyniku matury nie. Edukacyjny cud na Wisłą można powiedzieć. Co w tym złego spytacie. Ano chodzi o skalę tego zjawiska. W tym roku wymagania na maturze zmniejszono o 20-30% (w zależności od przedmiotu) w stosunku do zeszłego roku. Tak! Niemal o jedną trzecią. Wyobraźcie sobie, że obecnie próg zdawalności (czyli solidna trója) to obecnie 30% a dobry to 50%. Jeszcze 10 lat temu było to 50% i 60% odpowiednio.


Czyli obecny maturzysta z dyplomem musiał wykazać się połową wiedzy, jakiej do zdania potrzebował maturzysta w 2010 roku. Połową!!!


To oznacza, że na studia trafią ludzie, którzy na papierze są super, ale wiedzą połowę tego, co wiedzieli ich rówieśnicy kilka lat temu. Ponieważ zaś uczelniom wyższym zależy na utrzymaniu studentów to przełoży się to też na połowę wiedzy przyszłych magistrów. Wyobrażacie sobie? Za kilka lat będziemy mieli lekarzy, którzy doszli do połowy podręcznika medycyny, bo dalej nie musieli żeby zdać egzaminy. Prawników, którzy nie doczytali ani ustaw ani komentarzy, bo nie musieli (prawdopodobnie także by nie potrafili, bo na studia prawnicze już trafili jako półanalfabeci). Wizja z dowcipów o zadaniach na maturze w typie pokoloruj drwala przestaje być śmieszną fantazją a niedaleką przyszłością.


Pamiętajcie, że moje uwagi nie oznaczają, że nasze dzieciaki nie pracują ciężko. Owszem. Każdy rodzic potwierdzi, że obciążenie obowiązkami szkolnymi jest ogromne i rośnie co roku. Pakujemy dzieciaki w obowiązkowy system edukacji na 12 lat i znęcamy się nad nimi niemiłosiernie poprzez przeładowany program. Tyle tylko, że ten program nie przygotowuje ich do przyszłego radzenia sobie ze światem. Zwyczajnie ich okłamujemy, okłamujemy też siebie. W końcu wyniki matur nadal są na poziomie 75-80%. Gdyby nie sztuczki księgowe to mielibyśmy zdawalność na poziomie 50-60%, a wówczas nie dałoby się ukryć, że obecne przeładowanie uczniów wiedzą daje efekt odwrotny od założonego, w głowach zostaje im mniej, a nie więcej. Ponieważ jednak sami fałszujemy wyniki, nie zapalają się lampki ostrzegawcze i brniemy w ten debilizm dalej. A nasze dzieci, przekonane o tym, że ich ciężki wysiłek nie idzie na marne (w końcu ich rodzice chyba wiedzą, co robią, sic!), po zakończeniu edukacji i wejściu w dorosłość, gdzie będą musiały zmierzyć się z największymi wyzwaniami wobec których kiedykolwiek stanęła ludzkość, odkryją, że cały ich wysiłek edukacyjny był o kant dupy potłuc, że zwyczajnie je oszukaliśmy. Zmarnowaliśmy im 12 lat nie dając w zamian nic. A na powrót do szkoły i douczenie się już będzie za późno.


Wielu ekspertów powie, że jest już za późno. Ale dla mnie nigdy nie jest za późno na walkę, jeżeli alternatywą jest całkowite unicestwienie rodzaju ludzkiego. Musimy natychmiast zmienić system edukacji, przestać fałszować wyniki i skupić się na tym, żeby nasze dzieci miały realną szansę w walce ze światem, który sami uczyniliśmy im tak wrogim. W końcu będą walczyć o przetrwanie z falą gówna, które sami im zostawiliśmy w prezencie. Warto byłoby dać im minimalną nawet szansę na zwycięstwo.


Dla dociekliwych poniżej dane do artykułu z dokładnymi danymi o naszych maturach”

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2125555,1,coraz-mniej-wymagajaca-matura.read


48 wyświetleń0 komentarzy